wtorek, 8 listopada 2011

Inwestycja

Ciężkie czasy nastały dla tych co mają więcej. Do niedawna można było liczyć na siłę i wartość dolara, obligacji państwowych i nieruchomości. Teraz niczego już nie można być pewnym. Świat zwariował i trwa gorączkowe poszukiwanie bezpiecznego miejsca do ulokowania pieniędzy na później. Ostatnio modne stało się złoto, w którym wielu zobaczyło nadzieję na jakie takie zyski. Ludzie kolejkami ustawiali się więc, aby zdobyć choć trochę tego cennego kruszcu. Do dzisiaj przy Rynku w Krakowie, tam gdzie pracuję, widnieje tabliczka z napisem "kupię złoto - każdą ilość". Jakby tego było jeszcze mało, właśnie dzisiaj usłyszałem, że tak modne wśród Polaków lokaty "antybelkowe" mają zostać opodatkowane. Czyżby bogactwo stawało się uciążliwe? Z pewnością spędzi to sen z powiek kolejnym inwestorom, którzy chcieli w ten sposób przeczekać panującą od kilku miesięcy bessę na giełdzie. Strach pomyśleć co stanie się na świecie, a szczególnie w Europie gdy Grecja, Hiszpania lub może ktoś inny jeszcze, całkowicie zbankrutuje a ludzie zaczną domagać się siłą swoich utraconych pieniędzy od rządów, banków i ubezpieczycieli. Łatwo jest dać się wciągnąć w wir takich spekulacji, szantażów ekonomicznych i strachu o swój majątek. Czy jest więc jakaś nadzieja?
Dla złota, obligacji i dolara raczej nie. Przeminie razem z ich pozorną i chwilową wartością - myślę. Są jednak rzeczy w które warto zainwestować to, co się jeszcze ma. Zwłaszcza życie. Tak zrobił święty Piotr i inni wielcy ludzie Boży. Posłuchajmy co powiedział kiedyś ten pierwszy.
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie.  1P. 1:3-4
Czy dzisiaj potrafimy sobie wyobrazić taki majątek? Niezniszczalny? Mrzonka ktoś by powiedział. A jednak taki właśnie czeka na każdego z nas w niebie u Ojca. Tego Boga, który ma wszystkie pieniądze świata, jak mawia mój przyjaciel. Nie spodziewałbym się zobaczyć tam jednak rosnących wskaźników giełdowych i skaczących słupków wartości złota. Nie, to musi być coś innego, znacznie wspanialszego. Z resztą Piotr ciągnie dalej, pokazując na prawdziwą jakość o jakiej myślał.
Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu Jezusa Chrystusa. 1P. 1:7
I jeszcze raz w tym samym kontekście
Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach, złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy. 1P. 1:18,19
Rachunek jest prosty. Są rzeczy przemijające i zniszczalne, którym zaufał dzisiaj świat. Nie ma co im dłużej wierzyć. Po drugiej stronie zaś położył Bóg coś drogocennego i wspaniałego - życie Jezusa Chrystusa i nadzieję chwały, sławy i czci dla każdego z nas. Dziedzictwo które nigdy nie przeminie. Co zatem zrobiłby dobry, rozsądny inwestor mający do zainwestowania niewielką wartość w skali świata - swoje własne życie? Odpowiedź jest oczywista nieprawdaż? A więc idźmy na najważniejsze zakupy życia, postępując zgodnie z tą rekomendacją (kupuj) znanego analityka rynkowego, opublikowaną w Apokalipsie dwa tysiące lat temu.

Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ap. 3:17,18

piątek, 23 września 2011

Timemachine

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było znać swoją przyszłość? Wielu ludzi ma ochotę poznać coś, co wydaje się niezbadane więc szuka wróżbitów, jasnowidzów i innych takich. To źle, że tam idą, nie mam wątpliwości, ale cała ta sprawa z naszą przyszłością, wbrew pozorom nie jest taka oczywista. Niech no się zastanowię przez chwilę co bym chciał się dowiedzieć o mojej przyszłości gdybym mógł zapytać o to kogoś kompetentnego – powiedzmy Jezusa. No więc, o co zapytać? Kiedy umrę? W sumie ciekawe, ale mało odkrywcze pytanie. Może lepiej – czy będę ciężko chorował w życiu? Ale czy chcę faktycznie znać na to odpowiedź? Im dłużej się zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że prędzej zapytałbym o dzieci. O, to odkrywcze! Bardziej interesuje mnie ich los niż mój. No więc pewnie wolałbym wiedzieć jacy będą kiedy dorosną, z kim się pożenią itd. Może byłoby jeszcze kilka innych tematów, które chciałoby się wiedzieć, ale raczej z czystej ciekawości.

No więc tyle ja. Ciekawej wydaje się być z drugiej strony. Znać przeszłość i przyszłość. Ogarniać całość wszystkiego. I teraz siada przed tym Majestatem taki ja i się pyta, o to co za chwilę będzie. Taki drobiazg w całym Wszechświecie. Maleńka chwilka w czasoprzestrzeni dla Stworzyciela tak wielu niezrozumiałych dla człowieka procesów. Jak takiemu mi odpowiedzieć? Od czego zacząć? Rozumiem coraz lepiej, czemu tak a nie inaczej napisana jest Biblia. Czemu nie ma dat, a w większości jest o tym jak żyć. Kiedy Pawełek zadaje mi pytanie o jakiś maleńki kawałek wielkiej machinerii, to zazwyczaj nie dowiaduje się tego o co pyta. No bo i jak mu to wytłumaczyć skoro żadną miara nie pojmie nawet mojego skomplikowanego języka. Wolę powiedzieć mu tak, żeby zrozumiał, niekoniecznie to co dokładnie chce wiedzieć.

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo kiedyś do Jezusa przyszło kilku bliskich mu ludzi, zapytać kiedy zniszczona będzie światynia i jaki będzie znak jego przyjścia. Rozumiem to pytanie. Bardzo zasadne, wręcz pasjonujące. Ale nie padła wtedy żadna data. Nie tylko dlatego, że Jezus jej nie znał, ale przede wszystkim dlatego, że machineria dla tych dzieci była za duża i za trudna. A przecież istotą rzeczy nie jest poznanie odmierzania Bożego czasu i się nad nim doktoryzowania (choć jest to niezmiernie pociagające), tylko życie mocą przyszłego wieku. Królestwem Bożym które ma być w nas. I paradoksalnie, łatwiej znosić wyrzeczenia dla Niego nie wiedząc ile to jeszcze potrwa niż siedzieć z kalendarzem, w ręku i odliczać dni. Nie mam racji?

czwartek, 15 września 2011

Niepodobna

No tak. Bogusia ma rację, przyznaję, że do tej pory ani słowa o Hani nie było. Ciągle o Pawełku w „rodzinnej”. Zmotywowany tym, oraz naszym niedawnym wyjazdem do Poznania, śpiesze to naprawić. A wiec Haniu, teraz będzie o Tobie!

Odwiedziliśmy stolicę Wielkopolski w ostatnią niedzielę, więc wiele bliskich nam osób (z tej strony Polski) mogło zobaczyć nas wszystkich (czyli cała czwórkę) chyba po raz pierwszy. Z niektórymi nie widzieliśmy się od dawna, więc też było o czym mówić. W większości przypadków było jednak tak, że każdy zaglądał nam na ręce, lub ewentualnie do wózka, żeby zobaczyć Hanię. W większości przypadków też, kończyło się to lekkim zdziwieniem i komentarzem, że przecież ona jest jakoś tak niepodobna do nas. Cóż, prawda jest taka, że Hania faktycznie ma mało podobną do nas buzię, choć niektórzy widzą w niej Bogusię, albo nawet babcię Iwonkę (całkiem pokaźna grupa osób o dziwo!). Tak czy siak, nie jest z nią tak jak z Pawełkiem. No i może lepiej.

Ale, to nie o tym miała być mowa tutaj tak do końca. Zauważyłem, że łatwiej zobaczyć u innego człowieka podobieństwo do kogoś z rodziny, niż u siebie samego. Mam na myśli oczywiście to co widać na zewnątrz, bo poznać kogoś od środka nie jest łatwo w jednej chwili. No właśnie. Kiedy patrzę na siebie w lustrze to nie potrafię powiedzieć czy to bardziej mamusia, czy bardziej tatuś na mnie spogląda. Za to kiedy widzę swoje zachowanie, reakcje lub codzienne odzywki, wówczas nie mam wątpliwości kto jest za to „odpowiedzialny”. Tyle biologia i geny, bo bardziej niż to porywające jest pytanie, jak podobny jestem do Boga, który uczynił mnie na obraz i podobieństwo swoje? Trudno tu mówić o tym co widać w odbiciu, bo przecież to nie ten poziom. Podobieństwo musi być wewnątrz. I tak jak z rodzicami, tak tutaj są dwie strony które wycisnęły na mnie swoje widoczne piętno. Diabeł i Bóg. Jednego by się nie chciało, drugiego pragnęło. No ale tak jak w rodzinie ciężko pozbyć się genów, tak trudno zniszczyć w sobie grzech. Dobrze, że Bóg, dobry ojciec, wie o tym lepiej niż ja. Pewnie dlatego otwarta jest droga do Niego przez usprawiedliwienie a nie przez moje uczynki, choć tych dobrych nigdy dosyć.

Można by pisać i pisać, ale nie ma to być przecież wypracowanie, a mała refleksja. Co jeszcze z tej historii z Hanią? A no tyle, że lubię widzieć jak Bóg „wyłazi” z moich przyjaciół, braci i sióstr. Jak zaskakują dobrymi słowami i uczynkami, które nie mogą i nie są z tego świata. Nie mogą być niczym innym, niż odbiciem prawdziwego, świętego Ojca. No więc Haniu, możesz być do nas niepodobna, ale chciałbym kiedyś zobaczyć cię podobną do NIEGO!

„Kto mnie widzi, widzi Ojca” (J 14, 9)

piątek, 2 września 2011

Między słowami

Od pewnego czasu nasze "łóżkowe" modlitwy z Pawełkiem zmieniły swój charakter. Kiedyś to on pilnował każdej modlitwy i chciał koniecznie wydeklamować wieczorne "Ojcze nasz...". Teraz, gdy gasimy światło, wskakuje do łóżka i czeka. Wie doskonale, że jeszcze będziemy się modlić, ale chce, żebym zrobił to ja. "Teraz ty się pomodlij!" słyszę więc, i muszę przyznać, że jest mi z tym dobrze. Za pierwszym razem zastanawiałem się, czy ma to być modlitwa moja, czy jego moimi słowami. Czy mówić o tym co ja czuję, czy on? Jakich słów używać i o czym z Bogiem rozmawiać, gdy 3 letnie dziecko słucha uważnie każdego słowa jakie rozbrzmiewają w ciemnościach nad materacem? Modliłem się więc nieco nieswój. Trochę to było udawane, trochę nie moje. Tak było tylko jeden raz. Potem już Pawełek mi pomógł. Za każdym razem, do dzisiaj, to właśnie jego prośby przenikają się z moimi gładkimi zdaniami. Mi łatwo się mówi, składa słowa, a on z radością i niecierpliwością dodaje kolejne rzeczy za które dziękujemy, o które prosimy i za jakie przepraszamy. Każdy, kto choć raz słyszał modlitwę dziecka wie o czym mówię. Pełno tu wdzięczności za codzienne przyjemności, te lody czy gumy, za słoneczne dni i kochającą babcię i mamę. Ale jakże to głęboko szczere i nieobłudne. A przy tym wszystkim jest też czas, gdy Pawełek milczy. To wtedy gdy przez chwilę rozmawiam z Bogiem ja sam, z moimi sprawami. Wtedy słucha wytrwale i nie przerywa. Jakby czuł, że do tej rozmowy nie wypada się wtrącać.

Gdy o tym myślę, to coraz częściej dostrzegam, jak bardzo podobny jestem w moich modlitwach do Pawełka. Przecież gdy on mówi "i jesce za..." to ja doskonale wiem co on zaraz powie. Prawie zawsze mam rację a w myślach tylko się śmieję do siebie jak cudownie, że tak dobrze go znam. A co powiedzieć o mnie? Gdy otwieram usta, by wypowiadać swe prośby, to Najwyższy już dawno je zna. Przecież on wie o mnie wszystko. Widzi moją codzienność, co mnie smuci a co cieszy. Cóż więcej mógłbym powiedzieć ponad to wszystko? Nie istotne! Wiem jaką radość sprawia mi słuchanie, znanych mi doskonale pragnień Pawełka. Wiem jak cudownie jest te pragnienia realizować. Mój Ojciec w niebie i w tym większy jest niż ja. Chcę sprawiać mu radość swoimi słowami, tak przewidywalnymi i powtarzalnymi. A od czasu do czasu, tak jak Pawełek, zaskoczę Go może czymś wyjątkowym. Wyznaniem miłości, którego by się akurat nie spodziewał.

Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję,Rozumiesz myśl moją z daleka. Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek,Wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich. Jeszcze bowiem nie ma słowa na języku moim,A Ty, Panie, już znasz je całe. Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu I kładziesz na mnie rękę swoją. Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza,Zbyt wzniosła, bym ją pojął. Ps.139

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Biała Woda

Przeszliśmy się z dziećmi malowniczą doliną w rezerwacie Białej Wody. Ślicznie było w tamten poniedziałek. Inaczej niż w poprzednie dni, gdy promieni słońca doświadczaliśmy z rzadka. Pawełek, jak na  przystało na człowieka w jego wieku, szalał, taplał się i tarzał gdzie popadło. Niezwykle to urocze miejsce niedaleko Szczawnicy, pozwalające zachwycić się pięknym Bożym dziełem także nam - rodzicom którzy przez ostatnich kilka lat nie mogą, jak dawniej, zdobywać wyższych szczytów i urzekać się przy tym wszechmocą Najwyższego. Jemu niech będzie chwała i cześć na wieki wieków!

Szliśmy nisko, przy strumieniu, tam gdzie zaczyna się majestat gór Białej Wody. Na zboczach, w oddali widać było stada owiec, które, jak małe plamki przemieszczały się nieustannie na tle soczyście zielonej trawy. Wydawać by się mogło, że nie było w tych ruchach nic zaplanowane, a ich drogą rządzi przypadek i zwierzęcy instynkt. Jednak po chwili uważnego patrzenia, można było dostrzec niepozorną postać pasterza, który sprawnie kierował tą, na pierwszy rzut oka, nieuporządkowaną gromadą.

Po godzinie doszliśmy do bacówki na końcu doliny. Skosztowaliśmy sera i przez chwilę porozmawialiśmy z miejscowym bacą, który akurat nie był tego dnia na hali. I właśnie dzięki temu człowiekowi, na co dzień podążającemu za stadem, odkryłem po raz kolejny jak ważny jestem dla mojego Ojca w niebie. Jak cenny jestem dla Jezusa, zbawiciela który obdarza mnie życiem. Ten prosty góral, żalił się, że w tym roku wilki zagryzły mu już owcę. Cóż tam jedna owca, pomyślałem, kiedy to mówił. Miał ich setki przecież. A jednak, tej jednej było tak bardzo żal. Mówił, że nie zauważył, kiedy się to stało, bo przecież stanąłby w jej obronie. On, niepozorny człowiek z kijem wobec wilków, które przyszły zabijać.
Owce moje głosu mojego słuchają i Ja znam je, a one idą za mną. I Ja daję im żywot wieczny, i nie giną na wieki, i nikt nie wydrze ich z ręki mojej. Ojciec mój, który mi je dał, jest większy nad wszystkich i nikt nie może wydrzeć ich z ręki Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (ew. Jan. 10:27-30)
Myślałeś kiedyś, gdzie stoi pasterz broniący owiec przed niebezpieczeństwem? Obok stada? Może z tyłu, za owcami? Nie, nie tam. Stoi z przodu, tam gdzie jest zagrożenie, gdzie są wilki i ich ostre kły. To właśnie, On, mój Bóg stoi przed mną. Jezus trzyma mnie w ręku i nikt, na prawdę nikt nie wydrze mnie z tego uścisku. Jakże może oprzeć się ktoś Wszechmocnemu? Gdzie są ci którzy stawią mu czoła i wyrwą mnie, wobec Jego mocy? Któż zdoła zabrać życie wieczne w Jezusie Chrystusie? Zaprawdę większy jest ten który jest w nas, niż ten który jest przeciwko nam! Jeśli Bóg zechce, a wierzę, że chce tego tak samo bardzo jak ja, to pozostanę w jego ręku na wieki. Bo Jego prawica jest mocniejsza od złego, a Jego obietnice pewne i niezawodne.

Co więc pozostaje? Uwierzyć, że Słowo które powiedział jest prawdą. Żyć dla Niego, z tą niezachwianą pewnością, że jestem Jego dzieckiem, którego nie pozwoli skrzywdzić. Bo dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Chwała najwyższemu. Amen.

piątek, 24 czerwca 2011

Choroba majątkowa

Istnieje wiele powodów, dla których może nam być źle na tym świecie. Zdecydowanie prym wiodą tu wszelkiego rodzaju choroby i niedomagania które dają się nam wszystkim we znaki od czasów niepamiętnych - praojca Adama. Nie jest to jednak jedyna przyczyna naszych zmartwień i trosk, a o niektóre sami wręcz się prosimy. Przykładowo „modny” ostatnio temat franka szwajcarskiego i jego dramatycznego kursu, który przyprawia o bezsenność wiele pożyczkobiorców w naszym państwie. Pieniądze potrafią w znakomity sposób uprzyjemniać, ale i uprzykrzać życie ludziom. Problemy tych co mają za mało i tych co maja za dużo, choć zgoła odmienne, jednak skupiają się wokół portfela. Można by mieć złudzenie, że jest to choroba i dolegliwość naszych czasów, kiedy pieniądz i chęć zysku rządzą światem bardzo widocznie (pomyślmy choćby o amerykańskich misjach pokojowych w krajach „siedzących” na ropie i dziwnym brakiem zainteresowania podobnymi problemami w nieperspektywicznych, pod względem energetycznym, krajach afrykańskich). Okazuje się jednak, że dawniej było podobnie.

Do Jezusa przychodzili ci co się źle mają. On sam mówił, że „nie potrzebują zdrowi lekarza” i chętnie uzdrawiał schorowanych i cierpiących. Pewnego razu, jeden z wołających poprosił o coś innego niż wszyscy chromi, kulawi i ślepi skupiający się wokół niego. Trapiła go rozległa, nie-fizyczna choroba finansowa.
„Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem” Łk. 12:13
W tym jednym zdaniu można wyczytać wiele informacji o problemie tego człowieka. Miał rodzeństwo, a ojciec i matka zmarli. Okazało się, że spadek przypadł drugiemu bratu i sprawa potencjalnego majątku, który przepadł nie dawała spokoju. Jawna niesprawiedliwość, zwłaszcza dla nas dzisiaj, których obowiązują polskie prawa spadkowe. Jak było wówczas? Trudno mi zgadnąć, niemniej za dawnych, żydowskich czasów sprzed niewoli rzymskiej, całość spadku trafiała w ręce pierworodnego. Być może za czasów Jezusa było już inaczej i prawo dawało możliwość dzielenia spadku na wszystkie dzieci. Nie to jest jednak najważniejsze.
„Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia” Łk. 12:14-15
Jezus nie podjął tematu tak jakby się tego spodziewał proszący. Nie było sprawiedliwego werdyktu wielkiego nauczyciela. Nie było nagany dla krzywdzącego sposobu podziału majątku. Nic z tych rzeczy! Za to stało się to wydarzenie przyczynkiem do niezwykłej mowy Jezusa, na temat miłości pieniędzy, poczucia pozornego bezpieczeństwa jakie daje nam majątek, a w końcu wygłoszenia słynnej tezy która swą trafnością przenika nas na wskroś dzisiaj, objawiając prawdziwe intencje i pragnienia.
„Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” Łk. 12:34
Co w tym wszystkim ważne jest dla wierzących?
Lekcja nr 1 – nie ma bogactwa bez oddania się mu swym sercem. Nie ma się co oszukiwać i to trzeba sobie powiedzieć jasno! Jeśli chcesz pieniędzy, chcesz kariery i uznania to wiedz, że oddalasz serce od Boga. Pewnie nie powiesz sobie tego otwarcie, ale gdy przyjdą nieprzespane noce nad arkuszem kalkulacyjnym to przekonasz się jak daleko w swej codzienności odszedłeś od Boga. A potem będzie gorzej, bo trzeba będzie naginać prawo, łamać sumienie, żeby to wszystko „jakoś wyprostować”. Droga do nikąd, zejdź z niej już na początku. Dobrze radzę.
Lekcja nr 2 – gryzą cię problemy finansowe w które sam wpadłeś przez swoją zachłanność (może masz kredyt który cię przerasta, kłócisz się z rodziną i od lat ze sobą nie rozmawiacie z powodu głupich kilku arów)? Nie fatyguj tym Boga i Jezusa. To nie ich sprawa i nie ich zmartwienie. Rób wszystko, żeby pozbyć się tego brzemienia które cię gniecie ku ziemi i wracaj swym sercem do Boga. Wówczas poczujesz prawdziwą wolność.
Lekcja nr 3 – najprostsza i najtrudniejsza. Za pieniądze nie kupisz nawet dnia życia od Boga.  Za to w Jezusie Chrystusie można zdecydowanie zyskać całą wieczność. Trudno dzisiaj wyrzec się kilku błyskotek wobec wieczności? Okazuje się, że trudno. Ale warto!

czwartek, 26 maja 2011

Wyznanie

Niedawno przeczytałem na nowo pierwszy list Jana. Po raz kolejny dotknął mnie swoim opisem miłości z 4-tego rozdziału, a szczególnie tym razem przemówił do mnie Bóg przez słowa 15 wersetu. Zagadkowe dosyć, trzeba przyznać.
Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu (1 J. 4:15)
Zadumałem się przez chwilę nad tymi kilkoma słowami. Czy wyznaję że Jezus jest Synem Bożym? Rzeczywistość wokół mnie jest taka, że każdy kogo znam przyzna, że Jezus jest Synem Bożym. Żyję przecież wśród chrześcijan. Obojętnie czy z nazwy czy prawdziwie wierzących, ale każdy z nich wie kim był Jezus. A więc Bóg trwa w każdym z nich, tak, jak wierzę, że trwa we mnie? Zamyślam się jeszcze głębiej, żeby dotrzeć do istoty rzeczy. Jak było wtedy, kiedy Jan pisał te słowa? Wystarczy cofnąć się jeszcze o parę lat, do czasów gdy Jezus chodził po świecie. Pamiętacie co się stało, gdy śmiało nauczał, że jest Synem Bożym?
(...) to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? (Jan 10:36)
To co dzisiaj jest dla większości świata oczywiste, kiedyś było zgorszeniem wartym podniesienia kamieni nienawiści. Nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela nie było łatwiej, bo na równi z prawdą szerzyło się kłamstwo i oszczerstwa wobec apostołów, ze strony niektórych żydów. Czy zatem mogę się dziwić temu co mówi Jan w swoim liście? Nie sądzę. Przecież każdy kto wówczas uwierzył w Jezusa - Syna Bożego - już robił niewiarygodny krok w przód, w kierunku Prawdy. Nic dziwnego, że Bóg chciał w takim mieszkać i go wspierać.
A dzisiaj? Przyznać trzeba, że wyznanie Jezusa, Syna Bożego nie jest trudne. Przynajmniej w dosłownym tego zdania znaczeniu i w naszym współczesnym otoczeniu. Dzisiaj sytuacja się odwróciła i trudniej wyznać, że mieszka we mnie Bóg niż, że Jezus jest Synem Bożym. Pomyślcie przez chwilę jak często zdarzyło się Wam mówić o Jezusie, Bogu i zbawieniu nie z czysto historyczno-teologicznego punktu widzenia, ale raczej z punktu widzenia duchowego nowego stworzenia? Ile razy zdarzyło się powiedzieć komuś, że żyje we mnie Chrystus, a nie że Jezus kiedyś żył? O tak, w naszych czasach zdecydowanie łatwiej powiedzieć ten werset od lewej do prawej, niż odwrotnie. Patrząc na skalę trudności, jaką mieli kiedyś adresaci listu Jana, ośmielam się twierdzić, że dzisiaj należałoby wyznawać Jezusa takiego jaki w nas jest, a nie takiego jaki kiedyś był. Bo przecież Jezus Chrystus żyje! Ileż to razy łapałem się na tym, że godzinami dyskutuję nad teologicznym aspektem zbawienia a czuję, że stoję w miejscu wraz z moim rozmówcą, w naszej drodze do Boga. Nie, nie dlatego, że to nie jest ważne. Raczej wszystko przez to, co czuję w środku - pomimo tego, że opowiadam o wielu trudnych kwestiach to nadal nie wyznałem przed kimś Jezusa Chrystusa który mieszka we mnie. Tego który daje mi codzienną siłę do walki ze złem, wstawia się za mną przed Ojcem i kocha mnie jak brata. Jakże to trudne dzisiaj, tak się pokazać innym.

środa, 18 maja 2011

Pani w 13-nastce

Jeżeli da się poczuć moc przyszłego Królestwa Bożego w tramwaju nr 13, to właśnie wczoraj poczułem. Nie w jakiś cudowny, nadnaturalny sposób, ale całkiem zwyczajnie. Bóg po raz kolejny pokazał mi, że potęga czynienia dobra w słowie i czynie potrafi zniweczyć każda formę obojętności i zła. Nawet dzisiaj, w tym wydawać by się mogło zepsutym do cna świecie.
Czy ta pani w średnim wieku, ze związanymi gumką włosami była nawróconym, wierzącym chrześcijaninem? Tego nie wiem i pewnie długo wiedział nie będę. Nie ważne, bo z pewnością jest dzieckiem Bożym. Zaiste, błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani (Mt 5:9). Dziękuję Bogu, że mogłem na nią patrzeć i słuchać jak mówi do tego staruszka siedzącego naprzeciwko niej. Trzeba tutaj jeszcze wspomnieć, że nie siedzieliby tak twarzą w twarz, gdyby nie jej interwencja wobec młodego licealisty ze słuchawkami w uszach, rozłożonego na miejscu oznaczonym na szybie czerwonym krzyżykiem. A więc samo z siebie się nie stało, trzeba było powalczyć o sprawiedliwość, żeby potem móc okazać swoją miłość. Myślę teraz o tym i ze zdumieniem odkrywam tą niezwykle prostą i ponadczasową prawdę. Jeśli chcę być prawdziwym synem Bożym to muszę w życiu wykonać jakieś odważne kroki objawiając Jego sprawiedliwość ludziom. Wtedy pojawią się okazje, by dzielić się z  nimi dobrem które posiał we mnie Duch Święty. Inaczej się nie da! Rzadko Bóg popycha nas sam w ramiona potrzebujących, raczej oczekuje naszej świadomej, wynikającej z podobieństwa do Niego - Stworzyciela - inicjatywy.
A więc siedzieli, bo ona tak chciała. Przeprosiła zaspanego młodzieńca, posadziła staruszka z laseczką a tramwaj ruszył. Zdarza się, od czasu do czasu, jak jeżdżę tramwajem, że takie rzeczy widzę. Zazwyczaj później jest już cisza. Ten dziwny bezgłos ludzki i szum jadącego po szynach wagonu, który zwiastuje kolejny biznesowy dzień. Każdy woli swoje własne towarzystwo, niż innych. Poniekąd przeszkadzają nam inni, bo myślimy nad sobą, swoją pracą. Ileż to razy widziałem nienawiść w oczach w czasie porannego przejazdu. Słyszałem zdawkowe zdania pełne niechęci i zdenerwowania, gdy ludzie musieli się przesunąć, ktoś chciał przejść, usiąść.
Zapytała po krótkiej chwili jak się czuje. Trochę był zaskoczony, ale ochoczo odpowiedział. Trudno go było zrozumieć, bo starość przeszkadzała mu w jasnym formułowaniu zdań. Jechał na zakupy, dwa, trzy przystanki dalej. Patrzyłem na jej twarz. Wtedy gdy mówiła, żeby dostrzegał pozytywne chwile w swojej starości, z odwagą patrzył w przyszłość pomimo trudności w odnalezieniu się we własnym domu, gdzie wszyscy żyją szybko, za szybko jak dla człowieka w podeszłym wieku. Zachęcała do wspominania dobrych chwil, sięgania do pozytywnych wspomnień. Ze wzruszeniem, prawdziwym wzruszeniem, patrzyłem jak pochyla się w jego stronę i uśmiecha. Z resztą, nie byłem sam. Wszyscy w skupieniu i ze zdumieniem słuchali, bo mówiła głośno, jak to do staruszka. Widziałem innych. Stali jak ja - w zachwycie. Czuliśmy, że dotyka nas cząstka Bożego dobra i ogarnia tam wszystkich. Widziałem to w ich twarzach - tych stojących obok mnie i patrzących z podziwem. Widziałem to we własnym sercu, ściśnięte ze wzruszenia.
Pięknie się ten dzień wczorajszy zaczął dla nas wszystkich którzy to widzieliśmy. Ja dotknąłem mocy przyszłego wieku dzięki tej obcej, zwyczajnej kobiecie. Kto wie może jeszcze kiedyś ją spotkam, może odważę się porozmawiać. I tak zrobiła dla mnie dużo. Dała mi lekcję prostą i ważną, że Królestwo Boże jest w nas, a Boże dobro ma moc zmieniać ludzi, nawet tych zaspanych i zanurzonych w codziennym stresie.

piątek, 6 maja 2011

Zosia

Dawno nic tutaj nie napisałem.

6:40. Pochyliłem się nad dziecięcym łóżeczkiem Hani. Wiedziałem, że na mnie czeka bo od paru chwil głośno dopominała się towarzystwa. Powitała mnie szerokim uśmiechem wyspanego i szczęsliwego dziecka. Bogusia smacznie sobie drzemała obok (tak mi się przynajmniej zdawało). Czułem się rześko, choć spałem niewiele ponad 5 godzin. Do późna czytałem. Trochę Biblię, więcej książkę o bazach danych. "O której poszedłeś spać wczoraj?" Pytanie wyrwało mnie z zabawy. A więc nie spała. "Przed pierwszą" odpowiedziałem, próbując równocześnie uwolnić palce z uścisku małych rączek. Hania głośnio gaworzyła, ciesząc się zapewnie, że ktoś do niej mówi. "Pisałeś coś?" zapytała Bogusia po chwili przerwy. Wiedziałem o co jej chodzi. Przecież od kilku miesięcy o takiej porze pisywałem na bloga kolejne przemyślenia. Dziwne, wczoraj nawet mi to przez głowę nie przeszło. Ba, nawet to pytanie Bogusi mnie zaskoczyło. A przeciez jakże zasadne. "Nie pisałem... czytałem." Czułem, że się tłumaczę, choć bardziej przed sobą samym niż przed nią. NIe pamiętam czy zapytała jeszcze dlaczego, czy sam z siebie zaczałem mówić o powodach. Rzecz była dla mnie oczywista. Od 2 tygodni w mojej głowie nie ma miejsca na składanie okrągłych zdań. To nie wina braku przemyśleń, raczej emocji i stresów. Szukam pracy, biorę udział w rekrutacjach, pisze testy, rozmawiam po angielsku. W zborze przyjąłem chętnie służbę słowem, co rówież mnie porusza, choć jeszcze ostateczna decyzja nie zapadła. Myśli same uciekają, nawet wtedy gdy chcę spokojnie poczytać. Nie wspominając nawet o pisamiu. Zamiast tego czytam, bo chcę sie przygotowac do nowej pracy. Ba, najpierw chciałbym ją wogóle dostać. O tym też myślę, skoro mają zwalniać kolejnych pracowników w moim zespole. Nie wiem czy to wszystko powiedziałem Bogusi rano, ale na pewno chciałem powiedzieć. Mam prawo do niepokoju. Emocji nie da się oszukać. Kiedy brak jest wewnętrznego pokoju wtedy trudno o dobry kontakt z Bogiem, właściwą anlizę otaczającego świata. Myśli powracają natrętnie, uciekają do spraw codziennych.

6:50. Położyłem się na materacu obok żony. Nie rozmawialiśmy. Patrzyłem na Hanię, jak próbuje wychylić głowę zza szczebelków łóżeczka, aby zerknąć gdzie jestem. Z trudem udaje jej się na chwilkę podrywać i rzucić spojrzenie w moją stronę. Zaraz potem główka jej opada na materac. Leży na brzuchu i walczy w swoim małym świecie o swoje. Tak jak ja, choć mi wydaje się, że mam trudniej. Myśli znowu uciekły do pracy, przyszłości. Kolejny raz czuję mrowienie gdy układam w głowie możliwe scenariusze wydarzeń. Hania położyła głowę na chwilę, żeby odpocząć. Pawełek śpi w pokoju obok.

7:00. Tatuś otworzył drzwi do pokoju. "Babcia z Woli umarła". Cisza. Zupełna cisza. W pokoju, w głowie. Nawet Hania nic nie mówiła przez chwilę. A więc jednak. Pomimo, że wszyscy mówili o poprawie to nadszedł koniec. Tatuś zamknął drzwi i zostaliśmy sami w ciaśniejszym niż zwykle pokoju. Przez głowę przemknęło mi wspomnienie tego jak byliśmy miesiąc wcześniej w jej niebieskim drewianym domu, który pamięta jeszcze moją mamusię biegającą boso po deskach podłogowych. Nic się nie zmieniło. Izby takie jak kiedyś, gorący piec, meble ręcznie robione przez dziadzia. Siedzieliśmy z babcią na jej kanapie, jak zawsze pod pierzyną. Oboje z Bogusią mieliśmy wrażenie, że żegna się wtedy z nami. Błogosławiła nasze dzieci, życzyła opieki Bożej w życiu. Tak wtedy na nas patrzyła z uśmiechem i miłością. Na jej 92-letniej twarzy widać było radość, że może do nas o tym mówić. O tym co było dla niej najważniejsze w życiu - o opiece Bożej i trwaniu przy Jezusie. Przytulała ostatni raz, wuki i prawnuki. Jakże dzielna to była kobieta. Niechby choć trochę z jej dobroci, pracowitości i ducha Bożego spłynęło na nasza Hanię. Niech choćby przez to, że jest Hanią Zofią Pietrzyk, właśnie ze względu na jej niezwykłą prababcię Zofię Czubę. Odpoczywaj w pokoju babciu Zosiu oczekując na piekny dzień zmartwychwstania, gdy Pan poda tak upragnioną przez Ciebie rękę i powie "Wstań!"

7:30. siedzę w tramwaju naprzeciwko mojej mamusi. Ja do pracy, ona do domu starców w Miechowie. Patrzę na twarz tak przecież podobną do babci Zosi - jej mamy. Patrzę na oczy zeszklone i ściska mi gardło. Trudno mi nie płakać, ale się trzymam. Ona też, bo twarda to kobieta, jak one wszystkie - dziewczyny z Woli Lubeckiej. Wspominamy trochę rodzinę babci. Nie za dużo, wiecej milczymy. Ciężko z resztą się mówi. Jednego mogę być pewny. W jej głowie zostaje wspomnienie o dobrej, kochającej mamie, której udało się przekazać córkom największy skarb jaki miała - wiarę i zaufanie do Boga.

8:00. Zaczynam kolejny dzień. Podobny, ale inny. Myśli nie uciekają, nie czuję też niepokoju. Jest za to smutek.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Kara

W naszym domu pojawił się swego czasu temat karania dzieci. Nie jest to rzecz niezwykła, gdy ma się przed sobą żmudny i trudny okres wychowania, a takowy miewają przecież wszyscy młodzi rodzice. No więc rozmawialiśmy o sposobach docierania do świadomości dwulatka, metodach wpływania na jego decyzje i postępowanie. Oczywiście mówiliśmy też o karach i nagrodach. Więcej o tych pierwszych, bo to rzecz zdecydowanie mniej przyjemna, bardzo potrzebna i po prostu trudna. Bić czy nie bić? Odsyłać do kąta, a może zamykać w pokoju? Nikt z nas nie chce przecież pastwić się nad dzieckiem, ani tym bardziej się nad nim znęcać wykorzystując przewagę fizyczną i emocjonalną. No ale karać trzeba, bo inaczej trudno mówić o jakichkolwiek zasadach i ich egzekwowaniu na takim małym człowieku.
Sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa, bo tam przecież szukać trzeba umiejętności wychowania swojego dziecka. Uczymy się wszak od najmłodszych lat (chcąc nie chcąc) od rodziców, nawet o tym nie wiedząc. No więc pamiętam dokładnie to uczucie, kiedy zbliżała się kara. Bałem się okropnie, choć rodzice z rzadka mnie bili (dziś twierdzą, że nigdy, choć stoję twardo na stanowisku, że pamiętam jakieś epizody). Ale przyjmowałem karanie jako rzecz normalną i zwyczajną. Nie miałem pretensji do rodziców, nie robiłem wyrzutów. Do dzisiaj nie mam im niczego za złe. Widać rozumiałem za co, dlaczego i po co to wszystko. Nawet jak bolał tyłek albo coś tam mi nie było wolno to dzisiaj to bez znaczenia. O to chyba właśnie w tym wszystkim chodzi. Że obie strony nie mają do siebie pretensji za to co się dzieje. Dorosły chce pokazać, że są konsekwencje złego zachowania, lub zwyczajnie chroni przed młodzieńczą nierozwagą, a dziecko naturalnie przyjmuje to jako (wbrew pozorom) właściwy porządek rzeczy, jaki istnieje na świecie. Uczy się szacunku, odpowiedzialności i zasad. Nikt nie ma do nikogo żalu.
Może niestety jednak być inaczej. Są nieszczęśliwe domy, gdzie rodzice są za surowi, zbyt agresywni. Są dzieci które nie znają zasad i potem w życiu gubią się, nie podejmując dobrych decyzji. Bo karć trzeba umieć. Przyjmować karę również. Jeremiasz opisuje historię relacji rodzicielskiej Boga-Ojca wobec Izraela-Jego dzieci, pokazując jak mogą zachwiane być te relacje z Najwyższym w tym temacie:
O Panie! izali oczy twoje nie patrzą na prawdę? Bijesz ich, ale ich nie boli; wniwecz ich obracasz, ale nie chcą przyjąć karania; zatwardzili oblicza swe nad opokę, nie chcą się nawrócić. Jer. 5:3
Jak to jest, że Bóg bije a dzieci nie boli? Za słabo bije? Może powinien mocniej? Raczej nie o to chodzi. Oto ich zatwardziałe oblicze nie chce przyjąć karania, a w konsekwencji nie chce nawrócenia. Otóż to! Karę od Ojca trzeba chcieć przyjąć, ale nie da się tego zrobić bez miłości do Niego. Bez właściwego szacunku, pokory i poczucia gdzie się jest w relacji z Bogiem. Inaczej karanie to nie karanie, a tylko głupie cierpienie w którym nie ma sensu. Jako dzieci Boże musimy chcieć przyjmować Jego strofowanie, bo jest to znakiem, że nas kocha i wychowuje. Nie można myśleć inaczej, że Bóg się znęca, że nie kocha i niesprawiedliwie zadaje ból. Nic z tych rzeczy, bo wówczas nasze własne rodzicielstwo nie miałoby sensu, a karanie dzieci byłoby zaprzeczeniem miłości. A przecież tak nie jest, zgodzicie się, prawda?

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Zmęczony i śpiący

Jest czas rozmyślania o Jezusie. Dobry i potrzebny.
Muszę przyznać, że nie jeden już raz w życiu pochylałem się nad słowami Ewangelii, żeby poszukać w niej człowieka - Jezusa. Potrzebuję tego, bo jestem grzeszny. Chcę zrozumienia moich słabości, uspokojenia sumienia, które jak nieprzekupny sędzia oskarża mnie przede mną samym. Człowiek najlepiej zrozumie człowieka, to pocieszające. Ten, który tak jak ja patrzył na świat normalnie, po ludzku wie doskonale ile kosztuje walka ze sobą samym, słabościami ciała i umysłu. Lubię sobie tak myśleć o Jezusie, bo bardzo mnie to do zbliża ku oczyszczeniu. Nawet wtedy kiedy czuję się brudny. A może zwłaszcza wtedy. Łatwiej stanąć przed Jego, świętym obliczem niż obliczem Ojca. Wiem, że wielu z Was ma podobnie nastrojone wnętrze, na szukanie człowieka Jezusa w uwielbionym Synu Bożym, siedzącym po prawicy Najwyższego. Apostoł Paweł też tak czuł przecież:
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla /uzyskania/ pomocy w stosownej chwili. Heb. 4:15, 16
O tym właśnie mówię. O podejściu z ufnością do tronu Ojca, bez obaw. Bo jest wielki arcykapłan który zna doskonale nasze słabości. Myśleliście tak o Nim kiedyś, prawda? Napiszę po męsku, przepraszam. On wie co to znaczy piękna kobieta. Zna to uczucie kiedy się pojawia przed oczami mężczyzny. On wie co znaczy zawiść i gniew. Wie jak trudno powiedzieć przepraszam. Zna strach i ból. Bogactwo i ubóstwo. Zdrowie i chorobę. Nie ma przed Nim tajemnic duszy. Tak, tego wszystkiego szukam u Jezusa. Żeby był ludzki, taki dla mnie i po mojemu. Zaskakująco mało jednak szukam tego, żebym to ja był takim człowiekiem jak On. Wolę raczej, żeby mnie rozumiał, niż żebym to ja próbował zrozumieć Jego. Choć trochę być podobnym, tam w zwykłych, codziennych rzeczach. Powiedzmy - tradycyjna modlitwa i moje zmęczenie. Zawsze sobie powtarzam: Jezus mnie zrozumie, że po raz kolejny zasnąłem z Pawełkiem, zamiast spędzić czas z Bogiem. Przecież chcę, On o tym wie, ale jestem zmęczony. Przecież mnie rozumie, że taki teraz czas. Ale to minie, prawda? Rano budzę się niewyspany, więc i tak nie myślę o Bogu. Idę do pracy. To też minie, zgadza się? Tylko odchowam dzieci.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił. Mk 1:32, 33
Zaszło słońce, a człowiek taki jak ja - Jezus zaczynał pracę. Całe miasto stało przed drzwiami. Był wieczór, późny wieczór gdy kończył, nie ma wątpliwości.
Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Mk 1:35
Bez komentarza.
Jest mi głupio.

środa, 13 kwietnia 2011

Szatan na poważnie


Czytałem niedawno (5 kwietnia) krótką wzmiankę o życiu i twórczości Kurta Cobaina. Dla niewtajemniczonych dodam, że był on wokalistą (a i gitarzystą i kompozytorem) zespołu Nirvana, który na przełomie lat 80-tych i 90-tych rządził muzyczną Ameryką i po części także resztą świata. Właśnie 5 kwietnia 1994 roku Kurt Cobain wziął strzelbę i wyszedł z domu. Popełnił samobójstwo, o którym wcześniej już z resztą mówił, nie widząc sensu dalszego życia. Osierocił córkę i zostawił żonę.

Przyznam, że w tym czasie miałem już kasetę Nirvany, i sam byłem pod wrażeniem głosu tego człowieka. Do dzisiaj znam na pamięć kilka krótkich tekstów z najlepszych piosenek. Z resztą, kto z mojego pokolenia ich nie zna? Po co jednak nam ten powrót do przeszłości? Otóż wówczas, gdy słuchałem Nirvany, nie zdawałem sobie sprawy z przesłania jakie miał ten zespół dla ludzi. Dopiero teraz, gdy czytam wspomnienia z koncertów dostaję gęsiej skórki na samą myśl, że kiedyś się tym zachwycałem. Przeraża fakt, że cały muzyczny świat przełomu tamtej dekady odurzył się człowiekiem i zespołem który tak wprost ogłaszał swoją przynależność do przeciwnika Bożego - szatana. Mało tego. Ich postawa, negująca prawie wszystkie chrześcijańskie wartości, była wzorem dla szerokiej liczby młodych osób.  Tłumy szalały na koncertach, gdzie wisiały transparenty uwielbiające szatana, wolny seks i narkotyki. Pełna „wolność” bycia po ciemnej stronie, niezwykle plastycznie (przez obraz wokalisty - narkomana) przemawiała do umysłów słuchaczy.

Minęło prawie 20 lat od tamtych historii. Tydzień temu jechałem z Bogusią autem i słuchałem o jej koledze z liceum, który opublikował na Facebook’u kilka informacji „o mnie”. Co można było się dowiedzieć o tym skądinąd inteligentnym chłopaku? Że nienawidzi kościoła,  że woli od papieża - klimatyzację, i co najsmutniejsze, że woli „rządzić w piekle niż służyć w niebie”. Boję się. Wiem, że taka postawa bliska jest wielu myślącym ludziom i nie jest on wyjątkiem. Szukamy przyczyn? Brak miłości w domu? Brak miłości i zrozumienia w kościele? Utrata zaufania do duchownych, spowodowana licznymi aferami i nadużyciami? Może i tak, ale mnie przeraża co innego. Otóż ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że ich słowa coś znaczą. Dzisiaj tak mało jest prawdy w wypowiadanych publicznie słowach, że łatwo przychodzi pisanie i ogłaszanie czegokolwiek i gdziekolwiek. Ale o ile sprawa dotyczy polityki, kolejnego rządu i jego obietnic wyborczych to ryzyko wydaje się znikome. Kłamią i już, takie czasy. Z szatanem i Bogiem sprawa wygląda jednak zdecydowanie inaczej. Nie można z nimi żartować, bawić się słowami. Nie można tak sobie napisać, że kocham Boga, albo nienawidzę Boga. Nie wolno nam ludziom mówić o miłości do szatana! Te słowa coś znaczą, bo Bóg i szatan istnieją. To nie są mrzonki, a prawdziwe istoty, przewyższające nas swoją siłą i mocą. Z nimi się nie da bawić, oszukiwać i tak sobie coś wyznać na chwilę. A niektórym wdaje się, że to tak fajnie zabrzmi jak napiszę, że jestem po stronie złego. Jeszcze namaluję sobie jakiś znaczek i będę bardziej stylowy. Bzdura! Nie wolno! Nie mamy prawa tego robić, ani nawet o tym myśleć. Nikt nie jest w stanie żyć z ojcem kłamstwa i być szczęśliwym. Myślisz, że ci się uda? Kurtowi się nie udało. Będziesz lepszy?

piątek, 8 kwietnia 2011

Nazbierane kamienie

Nie jest łatwo kogoś ukamienować. Oczywiście jeśli chce się tego dokonać własnymi rękoma. Po pierwsze trzeba mieć powód. Rzecz najmniejszej wagi, bo jak historie biblijne pokazują, jakieś racje zawsze się znajdowały u tych, którym na tym zależało. Inna sprawa, że w większości byli to zwykli szubrawcy. Po drugie trzeba mieć kamienie. Niby oczywiste, ale nie wszędzie są one pod ręką gotowe do użycia. Na przykład, gdyby chciało się kamienować Jezusa na dziedzińcu świątynnym, to próżno tam szukać w ostatniej chwili potrzebnego materiału. Lepiej przynieść zawczasu. Po trzecie musi być ten którego chce się kamienować. Tym bardziej, jeśli już nie raz chciało się go zabić, wydaje się to istotne. Najlepiej działać według planu. Żeby po raz kolejny nie było niespodzianki.

Dziwna jest ta historia z ewangelii Jana. Powód jak zwykle dotyczył słów Jezusa, które w mniemaniu "pobożnych" uwłaczały godności samego Boga. To nic, że nie do końca rozumieli o czym mówił, ale jest powód. Jest wina. Musi być kara.
Wtedy porwali kamienie, aby rzucić na niego, lecz Jezus ukrył się i wyszedł ze świątyni.  J. 8:59
Nie zdążyli. Jezus zwyczajnie im uciekł. Nie mieli przygotowanych wcześniej kamieni?
Za drugim razem było już lepiej.
Żydzi znowu naznosili kamieni, aby go ukamienować. J. 10:31
Powód ten sam: "Ja i Ojciec jedno jesteśmy". Plan by się może i powiódł, tylko nie spodziewali się jednego - że ofiara miast uciekać, na co pewnie już byli gotowi, będzie do nich mówić. Mało tego, będzie ich pytać o motywy działania. Każe im rozważać zagadki teologiczne, kiedy oni już trzymają kamienie. Jak można wtedy jeszcze o czymś myśleć. Nie ten czas! Pełne zaskoczenie. Gdy przyszło w końcu rzucać, to znowu im uszedł. Trzeba było rzucać, a nie dyskutować - pewnie myśleli co niektórzy.

Zaskakująco łatwo sięgali po kamienie. Mamy inne czasy? Raczej nie.

Zauważam, że w życiu działamy podobnie. Chętnie chwytamy kamienie, gdy nie pasuje nam czyjeś duchowe spojrzenie, sposób zachowania i wyznawane prawdy. Dziwne, ale wewnątrz rodzi się agresja, choć przecież w gruncie rzeczy są to sprawy świątyni Bożej która jesteśmy. Szatan jest blisko wtedy, gdy można pokłócić braci. Śmiertelnie ich zranić. Tak było z Kainem i nadal tak jest. Najpierw zawsze rodzi się niechęć i złość, a potem jest coraz gorzej. W miarę upływającego czasu, w sercu zbieramy ciężkie kamienie na kolejne spotkanie. Tak na wszelki wypadek, bo to, że trzeba zabić już wiemy. Pozostaje kwestia czasu i okoliczności. Musimy być przygotowani. Rozmyślamy wcześniej, myśli się kłębią w rozpalonym sercu. Nienawiść rośnie, usta są gotowe do zadawania śmiertelnych razów.

Tylko co zrobimy, kiedy mając wypchane kieszenie kamieni, usłyszymy to pytanie?
Ukazałem wam wiele dobrych uczynków z mocy Ojca mego; za który z tych uczynków kamienujecie mnie? J. 10:32
Oby w porę dotarło do nas to zdanie. Zanim będzie za późno.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Rodzina 2011

9 kwietnia (w sobotę) odbędzie się z inicjatywy parafii Zmartwychwstania Pańskiego na Woli Duchackiej i ruchu Nowego Życia - Służba Rodzinie, konferencja dla małżeństw. Taka mała ulotka trafiła do naszego domu dzięki znajomościom Bogusi z placu zabaw. Jedna z matek aktywnie zachęcałą do zapisania się i wzięcia udziału w tym sobotnim spotkaniu w kościele Zmartwychwstania Pańskiego (ul. Szkolna 4 w Krakowie). Mottem ma być fragment z księgi Koheleta 4, 9-10, a całość organizatorzy opatrzyli tytułem "Razem jako Zespół".
Lepiej jest dwom niż jednemu, gdyż mają dobry zysk ze swej pracy. Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł.
Ta mała ulotka, oraz kilka ostatnich rozmów i spotkań z przyjaciółmi spowodowała, że na nowo odżyły we mnie rozmyślania nad rolą małżeństwa i tym co dzisiaj świat promuje w tej kwestii. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że małżeństwo nie jest dzisiaj taką wartością jaką było kiedyś, nie wspominając już o Bożym zamyśle w tym temacie. Co smutniejsze, problemy z życiem w rodzinie mają dzisiaj zarówno niewierzący (o ile wogóle chce się im oficjalnie coś stanowić względem siebie, a nie tylko związek "partnerski"), jak i wierzący. Ci ostatni poddawani są takim samym szatańskim naciskom ze strony mediów, ludzi i swoich pożądliwości, jak ludzie którzy w nic nie wierzą. To wszystko powoduje, że każdy z nas ma dzisiaj w gronie najbliższych przyjaciół takich, którzy są po rozwodach, skłóconych ze swoimi rodzicami, rodzinami i ex żonami/mężami. Oczywiście jest też wielu takich, którym się udaje i z tego najbardziej się cieszę. Udowadniają wszystkim wokoło, że życie z Bogiem, miłość i więź małżeńska jest dzisiaj możliwa. Ba, jest nawet atrakcyjniejsza i zdrowsza niż walka o alimenty, sprawy sądowe i ciekawy seks.

Myślę nad tym dlaczego tak jest, że udane, szczęśliwe małżeństwo jest dzisiaj rzadkością? Co nasze czasy zmieniły w nas ludziach, że dobre, sprawdzone instytucje zaczynają sie sypać. Słowo "wierny" jest puste, a "wierny aż do śmierci" to frazes bliższy życiu bocianów niż ludzi. Pewnie wiele znalazło by się odpowiedzi na te pytania. Niezależność finansowa dająca poczucie bezpieczeństwa i odrębności. Za tym niedaleko - egoizm, który każe działać dla siebie a nie dla NAS, zmuszający do budowania kariery a nie rodziny. Do tego fałszywy i plugawy obraz sexu, jako prymitywnego dopasowania biologicznego, a nie chęci obdarowania drugiego człowieka przyjemnością wspólnego przebywania w bliskości. Te i inne modele funkcjonują już wśród młodzieży, kiedy wchodzą w dorosłe życie. Liczy się przyjemność, pieniądz i przyszłość. Dobra praca a co za tym idzie intratne stanowisko. Rodzina przeszkadza w delegacjach, w siedzeniu w pracy po godzinach. Przeszkadza w flirtowaniu, w nawiązywaniu krótkich znajomości dla przyjemności. Przeszkadza w kredytowaniu mieszkania, bo niepotrzebnie obciąża. No i najgorsze co może się pojawić to dzieci. Mało kto bierze jednak pod uwagę, że najgorsze zdarza się nie im, a dzieciom w ich związku. Nieszczęśliwe domy, z których wieje zimno niechęci i rozdrażnienia. Nieszczęsliwe porzucone matki i ich dzieci. Nieszczęsliwi mężczyźni zagubieni w przelotnych romansach. Świat sprzedaje przeklętą wizję w kolorowej oprawie magazynów i telewizyjnych show w których ekspertami od spraw małżeńskich są ci którzy nie znają prawdziwego znaczenia tego słowa. Oto dzieło szatana XXI wieku.

Co można z tym zrobić? Przede wszystkim nie dać się okłamać, że tak musi być. Rodzina może dzisiaj być normalna i szczęśliwa. Szatan nie musi, a nawet nie może triumfować jeśli świadomie mu tego zabronimy. Walczmy z egoizmem w domu. Walczmy z samymi sobą dla dobra drugiej osoby. Nie zawracajmy sobie głowy celebrytami, wielkimi pieniędzmi i karierą. Dużo więcej zyskamy mając radosne dzieci w szczęśliwym domu niż rzesze oddanych fanów w pracy poklepujących po ramieniu i z powdziwem patrzących na nasze osiągnięcia. Zdecydowanie lepiej od tego smakuje dobry obiad w niedzielne popołudnie wraz z całą rodziną. A więc do dzieła!

poniedziałek, 28 marca 2011

Deseczki

Mówi się, że strach ma wielkie oczy. Zgadzam się z tą powszechną obserwacją, ale dodałbym, że jeszcze większą ma... wyobraźnię. Wszystko zaczęło się tamtej nocy, gdy Pawełek obudził się od feralnego odgłosu jęczącej drewnianej podłogi. Kto ma taką ten wie, że potrafi ona ni stąd, ni zowąd trzaskać w środku nocy tylko dlatego, że zmienia się temperatura pomieszczeń. Nie mówię już o tym jak ktoś próbuje bezszelestnie przejść z pokoju do pokoju, bo wtedy deski z upodobaniem strzelają pod każdym krokiem.
"Pawełek nie chce" usłyszałem i potem była chwila ciszy absolutnej. Takiej kiedy ja i on wstrzymujemy oddech. Wiedziałem, że w skupieniu nasłuchuje z szeroko otwartymi oczami i podniesioną głową, choć w pokoju panowała absolutna ciemność, jak to zwykle po północy. Wyrwany ze snu spodziewałem się, że będzie potrzebna pomoc. Tak było - zaraz po następnym trzaśnięciu, którego niestety nie dało się uniknąć. Bardzo nie lubię tego dziecięcego przerażenia, płaczu i krzyku w nocy. Trudno wtedy o konstruktywne próby dotarcia do małego człowieka, zwłaszcza takiego zalanego łzami i dopiero co przebudzonego. Tym razem jednak się udało, choć nie było to takie oczywiste. I właśnie tamtej nocy powstała bajka o deseczkach wujka Pawła, który jeździ codziennie do lasu swoim autem dostawczym (w roli głównej, zaprzyjaźniony z nami wujek Paweł - parkieciarz), żeby potem układać te deseczki w domu na kleju, jedna po drugiej, jedna po drugiej, lakierować i w końcu wracać do cioci Krysi i dziewczynek (wersja zaktualizowano ostatnio o małego Michałka, jako że w rodzinie owego wujka Pawła pojawił się ostatnio nowy lokator). Trudno mi już teraz policzyć ile razy ta bajeczka z życia wzięta, ratowała nas w nocy od kolejnych strachów trzaskających w naszej podłodze.

Lęk to kolejna szatańska specjalność, po kłamstwie i grzechu, którą otrzymaliśmy w zestawie "poznania dobra i zła" wg tego zwodziciela. Wraz z odstępstwem przyszedł strach, i to nie tylko na człowieka, ale na całe stworzenie Boże. Każdy z nas czegoś się boi, a choć dorastając i poznając świat niektóre rzeczy stają się zrozumiałe (choćby te deseczki w podłodze) to inne docierają do nas ze zdwojona siłą i zaczynamy czuć lęk. Oczywiście w wielu przypadkach nasz biologiczny odruch strachu jest pewnym dobrym zabezpieczeniem naszego życia (przykładowo przed zrobieniem sobie krzywdy), ale nie o takim czymś chcę tu pisać. Bo strach, który zaszczepił w nas grzech jest inny - on wykrzywia obraz świata. Widzimy ludzi przez pryzmat naszych lęków i obaw. Stajemy się wewnątrz nerwowi i nieufni. Strach powstrzymuje przed działaniem, poznawaniem siebie, nawiązywaniem relacji. Często paraliżuje duchowo i nie pozwala działać. Podobni wtedy stajemy się do dzieci, które chcą usłyszeć wytłumaczenie zjawisk, choćby nawet było nieprawdopodobne. Te "bajki" nas uspokajają. W złej bojaźni szatan triumfuje nad nami. Jedna tylko rzecz mu nie wyszła z człowiekiem w tej materii. Nie spodziewał się chyba tego, że tak silna będzie potrzeba bliskości Ojca u jego dzieci wtedy, gdy się będą bały. Oj, tego z pewnością szatan nie planował. A jakże wiele prawdy jest w tym nieco negatywnie nacechowanym  dzisiaj powiedzeniu: "Jak trwoga to do Boga".

Idźmy do naszego Boga zawsze gdy czujemy lęk. Bo w miłości nie ma bojaźni. Doskonała miłość usuwa lęk. Zwłaszcza miłość do Ojca. Wiem to z doświadczenia! Inaczej nigdy byśmy z Pawełkiem nie usnęli po takich nocnych przygodach. Jakże podobnie musi nasze życie i nasze strachy wyglądać w oczach Boga. Przecież to czego się boimy jest zapewne tak ulotne i przejściowe jak trzaskająca podłoga w naszym krakowskim mieszkaniu.
gdy spoczniesz, nie zaznasz trwogi, zaśniesz, a sen twój będzie przyjemny. Nagły strach cię nie przerazi ni klęska, gdy dotknie przewrotnych; (Ks. Przysłów 3:24, Biblia Tysiąclecia)

piątek, 25 marca 2011

O Bogu, bez Boga

Zdarzyło mi się ostatnio rozmawiać o Bogu z człowiekiem, który Boga nie szuka. Było to dla mnie coś nowego, bo fakty które dotychczas były dla mnie i moich rozmówców podstawą, której nie musieliśmy od początku budować, tym razem nie były podparciem. Dziwna, i zaskakująco trudna była dla mnie ta kilkugodzinna wymiana zdań. Z jednej strony prowadzona w bardzo przyjacielski sposób, a z drugiej strony wyglądała jak rozmowa dwóch kompletnie nie rozumiejących się osób. Ja, wierzący Bogu, marzący o przyszłym Królestwie i życiu z Chrystusem, widzący sens walki z grzechem i ciałem. On, który nie widzi Boga, nie czeka na przyszłość w niebie, nie chce zmagania z ciałem która odebrałaby mu wolność. Jest człowiekiem świadomym wielu mechanizmów jakie zachodzą między ludźmi i na świecie. Czyta filozofów chrześcijańskich i wschodnich, skąd czerpie wnioski na temat ludzkich dążeń, potrzeb i motywacji. Wiele zagadnień społecznych i socjologicznych zna zdecydowanie lepiej niż ja. Rozmawialiśmy o wielu tematach. Tak wielu, że nie jestem w stanie nawet ich tu streścić. Jakie rzeczy budziły wątpliwość? Czy Bóg istnieje, czy też jest wytworem ludzkiej potrzeby tłumaczenia zjawisk? Czy każda religia nie jest równorzędna i równo prawna? Czy Biblia ma jakąś świętość i przewagę, choćby nad Koranem? Czy mówienie o przyszłości i życiu wiecznym nie jest próbą sterowania człowiekiem? No i w końcu czy świat w którym Bóg ustala zasady jest sensowny, bo przecież to jest przeznaczenie?

Nie jest łatwo wytłumaczyć się z wiary. To rzecz tak nieuchwytna, a z drugiej strony tak praktyczna, że ciężko ją ubrać w słowa. Już podczas rozmowy i moich często gorączkowych poszukiwań odpowiedzi na trudne pytania, przypominały mi się odpowiedzi ap. Pawła które dawał Ateńczykom na Aeropagu. Zadziwiające, ale właśnie podczas mojej rozmowy z tym poniekąd filozofem - agnostykiem doszedłem do tych samym punktów które wymieniał apostoł w swojej mowie. Jakże to uwiarygodniło w moich oczach ten krótki fragment z Dziejów Apostolskich (17 rozdz.). Tutaj wrzucę tylko wstęp, ale polecam wszystkim odświeżenie sobie tego ciekawego zdarzenia.

Niektórzy z filozofów epikurejskich i stoickich rozmawiali z nim: Cóż chce powiedzieć ten nowinkarz - mówili jedni, a drudzy: - Zdaje się, że jest zwiastunem nowych bogów - bo głosił Jezusa i zmartwychwstanie. Zabrali go i zaprowadzili na Areopag, i zapytali: Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jaką to nową naukę głosisz? Bo jakieś nowe rzeczy wkładasz nam do głowy. Chcielibyśmy więc dowiedzieć się, o co właściwie chodzi. (Dz Ap 17:18-20)

Jaki był efekt naszej rozmowy? Bóg raczy wiedzieć. Bardzo bym chciał, żeby moje słowa mogły obudzić w jego sercu wiarę, ale wiem, że to nie ja, lecz Bóg daje ten piękny dar. Rzeczywiście jest to niezwykła łaska móc szczerze wierzyć, bez skrępowania filozofią, ludzkimi naukami i tradycjami. Tym bardziej powinniśmy być Bogu wdzięczni za to, że ożywił nasze serca do kochania Go i Jego syna. Trudno to dzisiaj komuś wytłumaczyć, trudno pokazać i udowodnić. To raczej świat ma dowody na szereg zjawisk i "niedorzeczności" twierdzeń ludzi wierzących. Trzeba od tego uciekać, żeby nie dać się zwieść ludzkiej filozofii. Bo przecież miłości nie da się opisać, wiary nie da się dotknąć a życia wiecznego udowodnić naukowo.

Nie pierwsza to i pewnie nie ostatnia moja rozmowa z tym człowiekiem. Oby dał mi Bóg umiejętność mówienia o Nim. Oby obdarował mojego przyjaciela wiarą, bo jest dobrym człowiekiem. Tak niewiele, a jednak tak wiele - zobaczyć to czego nie widać, a jest na pewno!
Nam, którzy nie patrzymy na to, co widzialne, ale na to, co niewidzialne; albowiem to, co widzialne, jest doczesne, a to, co niewidzialne, jest wieczne. (2Kor 4:18)

poniedziałek, 21 marca 2011

Męczennik z Emmen

Historia rodziny Zefatów jest jedną z najbardziej niezwykłych i nietypowych jakie dotarły do Działu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata w Yad Vashem. Albertus Zefat był spokojnym człowiekiem, który mieszkał wraz z żoną Aaltje, dwiema sparaliżowanymi córkami i dziewięcioletnim synem w miasteczku Emmen (Holandia). Gdy dowiedział się, że niektórym Żydom udało się zbiec przed zorganizowaną przez Hitlerowców łapanką, Albertus przyprowadził zbiegów - zupełnie obcych sobie ludzi - do swego domu i ukrył ich w kurniku na podwórku. Nocami tych trzynaścioro Żydów wychodziło z kryjówki i przychodziło do domu. Cała rodzina Zefatów dostarczała im żywność i papierosy, towar wówczas bardzo rzadki.

Gdy zadenuncjował ich konfident, Żydzi przenieśli się do bunkra, jaki im rodzina Zefatów wybudowała w lesie. Z obawy przed kolejnymi donosami Albertus przygotował jeszcze kilka innych schronów w różnych miejscach, które były na zmianę wykorzystywane.

Pewnego dnia w lipcu 1944r. gospodarstwo Zefatów zostało otoczone przez gestapo. Cała rodzina, wraz ze sparaliżowanymi dziewczynkami i dziewięcioletnim chłopcem, została wyciągnięta przed dom. Oznajmiono im, ze jeśli nie zdradzą kryjówki Żydów, Albertus zostanie zastrzelony. On sam był nieugięty, Aaltje i dzieci, którzy znali również miejsce kryjówki, również milczeli.

Albertus był torturowany na oczach swej rodziny, jednak ani on, ani nikt z niej nie odezwał się słowem. Starając się wydobyć od niego informacje, zawlekli go na tył domu. Rozległy się strzały, hitlerowcy odjechali, a Aaltje znalazła męża na podwórku martwego. Została sama z dziećmi.

Do końca wojny ta niezwykła kobieta ukrywała i żywiła Żydów, dla których jej mąż poświęcił życie, nie wspominając im o tej tragedii, jaka dotknęła jej rodzinę. Cała trzynastka przeżyła wojnę pozostając przez ponad rok w ukryciu.

Uratowani zgromadzili po wojnie fundusze na podróż Aaltje do Izraela. Przyjechała w towarzystwie dwojga swoich podopiecznych i w Alei Sprawiedliwych zasadziła dwa drzewka - jedno w imieniu swoim, drugie - swojego nieżyjącego męża. Wręczono jej najwyższe odznaczenie Yad Vashem - medalion z nazwiskiem jej i jej męża, Albertusa, jako skromny dowód uznania dla bohaterstwa całej rodziny.

Przedruk z SPRAWIEDLIWI WŚRÓD NARODÓW ŚWIATA  na podstawie sprawy nr 731 (Departament Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, Yad Vashem)


Ode mnie
Co można napisać więcej pod tą historią. Jako chrześcijanie przyzwyczailiśmy się żyć w poczuciu, ze łaska a nie uczynki daje zbawienie i stajemy się bierni. Bierni na tyle, że nawet tam gdzie dzieje się krzywda drugiemu człowiekowi nie reagujemy. Boimy się o własne domy, rodziny i spokój jaki nam jest dany. Wielu rzeczy nie chcemy widzieć, żeby nie musieć się nimi zajmować. Tak, dla uspokojenia sumienia, bo przecież coś w środku jednak męczy, jak się patrzy na to co dotyka ludzi wokoło. Ale przecież wszystkim nie pomożemy, więc dajemy spokój.
Tu się okaże wytrwanie świętych, którzy przestrzegają przykazań Bożych i wiary Jezusa. I usłyszałem głos z nieba mówiący: Napisz: Błogosławieni są odtąd umarli, którzy w Panu umierają. Zaprawdę, mówi Duch, odpoczną po pracach swoich; uczynki ich bowiem idą za nimi. Ap. 3:12
Błogosławienie ci którzy w Panu umierają. Oto jesteśmy błogosławieni. Ciekawe tylko jakie uczynki idą za nami? Tu się właśnie okazuje prawdziwe wytrwanie świętych.

wtorek, 15 marca 2011

Motyl

Odkąd Pawełek odkrył, że w CH Bonarka znajduje się całkiem fajna fontanna, to każdy wyjazd na zakupy musi być zwieńczony półgodzinnym przesiadywaniem nad wodą. Robiliśmy już  wszystko - chlapaliśmy się, wrzucaliśmy pieniążki, wrzucaliśmy i łowiliśmy autko. Z resztą, nie tylko dla nas stała się owa fontanna najważniejszym punktem programu wspólnego wychodzenia do centrum handlowego. Dookoła zawsze roi się od mniejszych i większych dzieci wraz z ich rodzicami, którzy próbują jakoś powstrzymać swoje pociechy od całkowitego zamoczenia się w wodzie. Ostatnio pojawiły się nad fontanną motyle, zwiastujące rychłe nadejście wiosny, jak mniemam. Ktoś, kto dba o wystrój Bonarki zlecił wykonanie 2-3 metrowych konstrukcji z drutu i kolorowego papieru. W ten sposób powstały wielobarwne motyle majestatycznie falujące nad głowami małych gapiów. Wiszą jakieś 5-6 metrów nad ziemią, ale ponieważ w tym miejscu galerii jest ona najwyższa, to i tak ma się wrażenie, że zawieszone są tuż nad dziećmi. W żaden sposób jednak nie można choćby ich dotknąć - wiadomo, mają wisieć dla ozdoby a nie dla uciechy zwinnych rączek dzieci.

"Tata, podnieś mnie" - powiedział Pawełek, wyciągając małe dłonie w stronę motyla. "O tamten". "Tata, weźmiemy do domu"? - ciągnął dalej. Wytłumaczyłem, że nie będę podnosił, bo i tak nie dostaniemy, a o zabieraniu do domu nie ma co marzyć. Nie da się i już. "Rozumiesz" - pytam - "rozumiem" - pada odpowiedź.

"Tata, Pawełek chce dotknąć motyla" - ponawia temat mój synek. "O tamtego, zielonego". "Tata, podnieś Pawełka" - podpowiada metodę działania, jakbym miał jakieś wątpliwości. Po raz kolejny tłumaczę, że nie dam rady, bo jest za wysoko, że to jest ozdoba, że nikt nie dotyka, no i że nie możemy zabrać do domu. Pawełek kiwa głową ze zrozumieniem.

"Tata, podnieś Pawełka wysoko" - słyszę po chwili. Pawełek stoi z główką zadartą do góry i nie spuszcza oczu z tego pięknego, kołysającego się od lekkich podmuchów wentylacji,  zielonego motyla. Patrzę na niego, na motyle. Nie sięgniemy, to pewne. Brakuje jakieś 4m. Ale co zrobić. Biorę na ręce i podnoszę jak najwyżej mogę. Pawełek dokłada do tego jeszcze swoje wyciągnięte rączki i... nie dosięgamy. Dużo brakuje. Siadamy obok siebie na murku.

"Pawełek chce dotknąć motyla. Tata podnieś" - słyszę po chwili. Pawełek znowu patrzy na motyle. Uśmiechnąłem się. No to podnosimy jeszcze raz... może się uda... kto wie?

Przepiękne są marzenia dzieci. Nic się nie liczy, kiedy dziecko marzy. To my, dorośli, wiemy, że rzeczy są niemożliwe. Że są obiektywne przeszkody, zasady fizyki, zasady rynku. Są konwenanse i schematy zachowań. Jak trudno mając to wszystko zobaczyć prawdziwe Królestwo Boże. Uwierzyć jak dziecko, że można go dosięgnąć naszymi małymi rączkami już dzisiaj. Szkoda, że wiemy tak dużo o świecie, bo tylko nam utrudnia drogę do Boga. Nie ma co kalkulować, analizować i sprawdzać. Inaczej nigdy nie sięgniemy po piękno duchowego życia z Bogiem. Trzeba znowu być dzieckiem.

A On, przywoławszy dziecię, postawił je wśród nich i rzekł: Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios. Mt 18:2,3

sobota, 12 marca 2011

Cztery wiatry

Od kilku dni poruszają mnie obrazy i słowa docierające z dalekiej Japonii. Bez wątpienia wielka tragedia dotknęła ludzi, którzy zamieszkiwali regiony zmiecione przez szalejące tsunami. Z pewnością dla wielu jest to świadectwo, że Dzień Pański jest blisko, i choć ogarnia mnie głębokie współczucie dla cierpiących ludzi to jestem świadomy, że to dopiero początek tego co ma nieuchronnie nadejść z ręki Pana. Patrzę na to wszystko z trwogą w sercu, bo muszę przyznać, że nieprzyzwyczajony jestem do cierpienia. Dość dobrze i dostatnio mi się ostatnio żyje i świadomość tego, że to wszystko ma ulec zagładzie mnie niepokoi. Mimo wszystko łatwiej jest dostrzegać znaki Dnia Pańskiego tysiące kilometrów od siebie niż na własnym podwórku. Jakby jednak daleko od nas nie rozgrywały się te tragedie, to bardzo blisko, w sercu rodzą się pytanie o własne życie z Bogiem i moją rolę w tym wszystkim. Warto nad sobą samym się tu chwilę zadumać, bo właśnie wierzący mają stać się w pewnym sensie ratunkiem dla świata. Wybrani Boży mają realny wpływ na ten sądny dzień a wynika to bezpośrednio z tego co powiedział Jezus:
Gdyby ów czas nie został skrócony, nikt by nie ocalał. Lecz z powodu wybranych ów czas zostanie skrócony. Mt 24:22
 Z innej strony patrząc, przypominają się czasy starożytnej Sodomy i Gomory, gdy Bóg ze względu na kilkoro sprawiedliwych deklarował chęć pozostawienia miasta bez kary. I dopóki byli oni w mieście faktycznie ogień i siarka z nieba nie spadły. To były dawne czasy, ale wygląda na to, że koniec tego wieku będzie bardzo podobny. Wybrani Boży (dałby Bóg byśmy mogli się do nich zaliczyć), póki są tu na ziemi pozostają gwarantem tego, że Dzień Pański nie nadejdzie z całą swą siłą. Ciekawie w jednej z wizji opowiada o tym Jan objawiciel.
Potem ujrzałem czterech aniołów stojących na czterech narożnikach ziemi, powstrzymujących cztery wiatry ziemi, aby wiatr nie wiał po ziemi ani po morzu, ani na żadne drzewo. I ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. Ap 7:1-3 
Jakie wnioski można wysnuć czytając powyższe? Z pewnością nie przyjdzie na świat ucisk (czterech aniołów trzymających cztery wiatry ziemi) dopóki nie zakończy się pieczętowanie (potwierdzenie wybrania) sług Boga. Sto czterdzieści cztery tysiące wybranych Bożych z pieczęciami na czołach. Symboliczna czy rzeczywista liczba, tego nie wiem. Jedno jest pewne, że dopóki Najwyższy nie dokończy ważnego dzieła powołania swoich synów, dopóty na świat nie uderzą z całą siłą udręki Dnia Pańskiego.

Warto dołożyć starań, żeby teraz tym bardziej uczynić pewnym swoje powołanie i wybranie. Nie ma już czasu do stracenia, bo czas Bożego wybierania się kończy, a koniec wieku pachnie cierpieniem. Warto tego uniknąć. Warto uchwycić się Jezusa, póki jeszcze jest czas, aby chwałę Ojca oglądać będąc po jego stronie a nie walcząc z Nim.
Na koniec werset dla dodania otuchy wszystkim wierzącym! Tym razem opis wg ewangelisty Łukasza.
Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie.  Łuk 21:26-28

czwartek, 10 marca 2011

Fałszywa rodzina

Zdarza się niektórym czytać Nowy Testament i ze zdziwieniem odkrywać, że Bóg miłości i dobroci, który się z niego jawi, mógł w czasach starotestamentalnych bohaterów, bezlitośnie zabijać całe narody. Boga Starego Testamentu można się było prawdziwie bać. Ten sam Bóg dzisiaj traktowany jest przez chrześcijan po przyjacielsku i dosyć swobodnie. Nie mogę się z tym pogodzić. Mówi się, że wizja Boga zależy w dużej mierze od tego jaki wzór w domu dał nam nasz własny Tato. Wygląda na to, że wiele w tym prawdy, bo poważanie ojców, jeszcze pół wieku temu było zdecydowanie większe niż dzisiaj. Z resztą, tak wiele dzisiaj "chrześcijańskich" rodzin jest rozbitych, że trudno w ogóle mówić o jakimkolwiek autorytecie w wychowaniu. Moja mama, pracująca jako pedagog w jednej ze szkół podstawowych w Krakowie, mówi, że 20 lat temu w każdej klasie było (statystycznie) jedno dziecko z rozbitej rodziny. Dzisiaj jest ponad połowa. Wracając jednak do tematu. Jakiekolwiek by nie były przyczyny (brak zdrowej rodziny, wolność, egoizm) to fakty są takie, że prawdziwa bojaźń Boża jest rzadkością wśród wierzących. Dzisiaj religia jest sprzedawana tak samo jak każdy inny produkt. Mało ma to związku z prawdziwym duchowym odrodzeniem, do bycia dzieckiem Bożym w Jego rodzinie, na Jego suwerennych zasadach. Pomyślmy ile osób faktycznie chce takiego usynowienia, za którym idzie karcenie? Przecież dzisiaj nawet dzieci nie pozwala się za mocno karać, a co dopiero mówić o Bogu który nas miałby tak traktować? To co sprzedaje się teraz w kościołach ma tylko uspokoić i zapewnić komfortowe życie, a nie obfitować cierpienie i ból. "Pan Bóg cię kocha takiego jakim jesteś", "Uwierz w Jezusa i jesteś zbawiony", "Grzeszysz? Nie martw się, bo właśnie nad tobą się lituje Bóg", "Jak uwierzysz będzie ci łatwiej w życiu". Boga traktuje się w tym wszystkim jak przyjaciela, który poklepuje po plecach i dobrodusznym uśmiechem kwituje każdy grzech. Pomodlić się, zaśpiewać kilka uwielbieniowych pieśni, dobrze się przy tym bawić i czuć. Takie pozytywne chrześcijaństwo z zabezpieczeniem, że w razie grzechu mam przecież Jezusa Chrystusa w "zanadrzu". Bez jakiejkolwiek odpowiedzialności z naszej strony - idealny układ z którego można się wycofać jakby co.

A jeśli wzywacie jako Ojca tego, który bez względu na osobę sądzi każdego według uczynków jego, żyjcie w bojaźni przez czas pielgrzymowania waszego, wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego. (1 Pi 1:17,8)
Bóg Ojciec nie zmienił się przez wieki. Tak jak kiedyś, tak dzisiaj nienawidzi grzechu i zła. Jest miłością, ale i ogniem trawiącym nieprzyjaciół. Jest twardym Ojcem, który pilnuje karania dla dobra swoich prawdziwych dzieci. Nie można z nim bawić się w rodzinę duchową. Jeśli chcemy mieć Jego jako Ojca, to żyjmy w bojaźni przez całe życie, bo On jest PRAWDZIWYM Ojcem, a nie ojczymem czy prawnym opiekunem. Będzie nas wychowywał, uczył i kochał. I będziemy z pewnością czuć, że Jego dom nie jest murowany, nie stoi przed nim mercedes, a w Jego ogrodzie nie ma basenu.
(...) bo kogo Pan miłuje, tego karze, i chłoszcze każdego syna, którego przyjmuje. Jeśli znosicie karanie, to Bóg obchodzi się z wami jak z synami; bo gdzie jest syn, którego by ojciec nie karał? A jeśli jesteście bez karania, które jest udziałem wszystkich, tedy jesteście dziećmi nieprawymi, a nie synami. (Heb. 12:6,7)
Wyobrażacie sobie to? Można żyć z poczuciem, że jest się dzieckiem Bożym, a w rzeczywistości być dzieckiem nieprawym, a nie synem. Przerażające, ale oznacza to, że wtedy to nie Bóg jest prawdziwym ojcem, a ktoś inny. Myślę, że wiecie kto...

Czujecie, że Was Bóg chłoszcze? To zupełnie co innego niż powtarzanie sobie przez całe życie, że Bóg w Jezusie wszystko mi przebaczył i teraz jesteśmy już z Ojcem rozliczeni. Oczywiście to w pewnym sensie prawda, ale to dopiero niewielki początek drogi. Trzeba czekać na Boże karanie, które pokaże nam, że jesteśmy w Jego domu. Przynależność do Boga czuć na własnej skórze. Bóg i świat sprawią, że nie będziemy mieli żadnych wątpliwości. Nie można dać się oszukać, że Bóg w miłości będzie prowadził nas po najdelikatniejszych łąkach, tak abyśmy nie zranili się nawet w palec. Nie myślmy tak, bo gdy przyjdzie doświadczenie, łatwiej przyjdzie bluźnierstwo zamiast pokory.


Rodzina to odpowiedzialność. Zwłaszcza duchowa. Tym bardziej mając takiego Ojca.

Przeto okażmy się wdzięcznymi, my, którzy otrzymujemy królestwo niewzruszone, i oddawajmy cześć Bogu tak, jak mu to miłe: z nabożnym szacunkiem i bojaźnią. Albowiem Bóg nasz jest ogniem trawiącym. (Heb. 12:28)

sobota, 5 marca 2011

Przy piaskownicy

"Nie wyobrażam sobie jak mogłoby wyglądać życie bez naszego ślicznego Mareczka, nie wiem jak mogliśmy kiedyś żyć bez niego" 
Słowa te padły bodaj na osiedlowej piaskownicy z ust młodej matki, którą spotkałem tam niemal przypadkowo. Jako że nie pamiętam dokładnie o kogo chodziło, to imię oczywiście zmyśliłem. Ale przekaz pozostaje taki sam. Wtedy, 3-4 lata temu, zupełnie do mnie to zdanie nie trafiło. Nawet chyba uznałem je za formę dziwactwa rodzicielskiego i tylko się uśmiechałem z politowaniem, kiwając głową, udając fałszywe zrozumienie. Okazuje się jednak, że człowiek bardzo mało zna sam siebie, póki czegoś nie przeżyje. Niby to oczywistość, ale jakże dogłębnie się o tym przekonujemy kiedy mijają lata i wchodzimy w kolejne role jakie powierza nam w życiu Bóg. I tak, odkąd jesteśmy z Bogusią rodzicami, to siadamy niekiedy po 22.00, mając pierwszą wspólną chwilę i wspominamy czasy, kiedy byliśmy sami, niezależni i zupełnie wolni. O dziwo, wcale nie tęsknimy za tamtym życiem, a raczej myślimy o tym, jak wiele godzin potrafiliśmy roztrwonić. Teraz, kiedy wykorzystuje się każdą wolną chwilę na sprzątanie, gotowanie, czytanie, modlitwę, to ze zdziwieniem odkrywamy, że wcale nie robimy mniej niż kiedyś. Nasz dom jest równie zadbany, jedzenie podobnie (a czasem nawet bardziej) smakowite, kontakt z Bogiem tak samo codzienny. Praca uszlachetnia i rozwija dobre uczucia. Paradoksalnie ilość wolnego czasu, a dokładniej mówiąc jego brak, pozwala ze zdwojoną nadzieją oczekiwać na wspólne, krótkie chwile spokoju. Czekamy i cieszymy się na myśl o wieczorze, weekendzie lub wczasach. Okazuje się, że duża aktywność, codzienne zmęczenie paradoksalnie stają się przyczynkiem do podejmowania kolejnych wyzwań i prac. Kiedy żyliśmy leniwie, na wszystko brakowało czasu i energii, a teraz prawie wszystko jest osiągalne. Podsumowując - dożyliśmy momentu, kiedy z całą pewnością mógłbym powiedzieć, że nie wyobrażamy sobie jak mogliśmy kiedyś żyć sami. Bez dzieci :) Ale to nie jedyna zmiana i prawda jaką o sobie odkryłem mając dzieci.



Kiedyś nie rozumiałem tego, że Bóg na te kilka chwil ukrzyżowania opuścił Jezusa. Nie rozumiałem co czuł, kiedy zabijali Jego SYNA. Jego ukochanego syna. Nie wiedziałem jakie to uczucie może być, kiedy zagląda nam w oczy strach o bliską, kochaną osobę. Nie wspominając już o własnym, bezbronnym dziecku. A czytałem, przecież tyle książek przed maturą o czasach około-wojennych, i co za tym idzie, o różnych strasznych rzeczach, jakie działy się w rodzinach, małych i dużych społecznościach dotkniętych przekleństwem wojny. Nie pamiętam, żebym bardzo to przeżywał. Tak ponad miarę.
A dzisiaj?
Kilka książek ostatnio w tramwaju przeczytałem, co jedną to trudniejszą. Kiedy czytałem o małym Hasanie z "Chłopca z latawcem" to płakałem przez cały czas jazdy do domu. Potem gdy go z żoną bestialsko zastrzelili na ulicy, zostawiając ich małego synka, to przez cały wieczór nie mogłem się z tym pogodzić i z trudem zasnąłem. Teraz, kiedy czytam o historii Izraela z ostatniego wieku, to każde wspomnienie holokaustu, zwłaszcza kiedy wspomina się konkretne rodziny i dzieci, bardzo dużo kosztuje mnie to emocji. Łzy mi się cisną do oczu i ludzie dziwnie na mnie patrzą, kiedy walczę ze sobą odwracając się w stronę okna. Ciężko to powstrzymać. A kiedy czasem uruchamiam wyobraźnię i stawiam swoją rodzinę w tamtych warunkach, myślę nad wyborami jakich musiałbym dokonywać, to płacze jak bóbr.

Ile tak na prawdę wiem o świecie, sobie i Bogu? Trudno powiedzieć, bo sam siebie nie znam. Pewnie minie jeszcze ładnych parę lat, zanim będę mógł właściwie oceniać otaczającą mnie rzeczywistość. Dobrze, że przynajmniej już teraz wiem ile jeszcze nie rozumiem. Może nie będę zbyt surowo osądzał innych.

środa, 2 marca 2011

O Bogu, kilka słów

Niektórzy twierdzą, że historie opisane w księdze Genesis nie wydarzyły się na prawdę. Zwłaszcza te z pierwszych rozdziałów budzą najwięcej wątpliwości. Adam i Ewa, Kain i Abel, wieża Babel, Noe i historia z potopem - to wszystko brzmi dla takich nieprawdopodobnie. Są skłonni twierdzić, że Bóg w w tych początkowych słowach daje nam kilka alegorii, modeli zachowań, aby coś unaocznić, a nie relacjonuje faktycznych wydarzeń. Nie zgadzam się z takim podejściem.Każda z tych prastarych historii wnosi dla mnie wiele informacji nie tylko o ludziach, ale przede wszystkim o samym Bogu.


Kiedyś, dla przykładu, odkryłem niezwykle piękną prawdę o Bogu w historii pierwszej rodziny ludzkiej. Prawdę, która dla masy ludzi jest niepojęta - że Bóg, dozwalając aby grzech wszedł na świat, kierował się Miłością do człowieka! A przecież tak wielu cierpiących z powodu grzechu (choroby, wojny) bluźniło i nadal bluźni Bogu, zarzucając mu, że pozwala na tak straszne rzeczy, które przychodzą na człowieka. Pytają: "gdzie był Bóg" kiedy to, lub tamto się działo? Albo gdzie był Bóg, kiedy Adam z Ewą sięgali po zakazany owoc?
A no właśnie. Zauważyliście, że kiedy rozgrywała się cała scena z kuszeniem Ewy, a w konsekwencji jej upadku - odstępstwo Adama, Boga dziwnie nie ma przy człowieku? Przecież w tak kluczowym momencie wydaje się, że powinien przyjść z pomocą, pokonać szatana i spokojnie wytłumaczyć pierwszej parze co i jak. No albo w ostateczności, gdyby nie chciał tak bardzo ingerować, to mógłby chociaż ostrzec Adama i Ewę, że taki szatan gdzieś w przestworzach istnieje i może się zmaterializować w postaci węża. Nie byłoby to prościej? Ale, nie. Nic takiego Pan Bóg nie zrobił. Można by więc pomyśleć, że zaprawdę nie było i nie ma miłości do człowieka u Boga. Że jest zbyt surowy, a jak dzieją się ważne rzeczy, to ich po prostu nie zauważa. Można by, gdyby, nie następna historia opisana tuż po wypędzeniu człowieka z Raju. Okazało się, że Bóg jednak wszystko widzi. Ba, nawet reaguje pokazując, że zna myśli człowieka lepiej niż on sam. Pomyślmy przez chwilę, po co wielki Bóg ostrzega Kaina skoro nie interweniował u jego matki Ewy? Przecież tam działy się ważniejsze rzeczy, na skalę całej rasy ludzkiej!

Dla mnie liczą się dwie rzeczy. Najważniejszy jest fakt, że Bóg dozwolił na zło, ale nigdy go nie zaakceptował. Głęboko nie podoba mu się stan w jakim znalazł się człowiek przez grzech, i cierpi z powodu tej niegodziwości i zła które spotyka Jego dzieci. Dlatego przyszedł do Kaina. Chciał zatrzymać falę zła, która nieuchronnie nadchodziła na człowieka z całą swoja siłą. Pomyślmy, jeden mały grzech, takie nic, małe nieposłuszeństwo w ogrodzie, a już kolejny miał być bestialskim zabójstwem brata. Bóg postanowił reagować i przemówił. Ale nic na siłę i zło w człowieku zwyciężyło. Przynajmniej do czasu nadejścia Mesjasza, bo od tego momentu wszystko się zmieniło. Właśnie Jego śmierć i zwycięstwo nad szatanem to ta druga rzecz, która dla mnie ma wielki sens. To, co działo się w Edenie z całą pewnością nie może oznaczać braku miłości Bożej. Raczej pokazuje, że rozgrywka między dobrem a złem to wojna na skalę całego Wszechświata a nie tylko dwu osób. A pojednanie z Bogiem musi nastąpić na płaszczyznach, których nawet nie znamy. Sam tylko Bóg wie ile istot na niebie, ziemi i pod ziemią musi nauczyć się i skorzystać z tego, że poznało czym jest grzech, życie bez Boga w cierpieniu. Jaka jest cena wolności którą dał Ojciec. Jaka jest cena miłości którą musiał zapłacić. Jak miłosierny jest Stwórca.

Albowiem Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie. O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego [jest] wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen.
Rz. 11:33-36

sobota, 26 lutego 2011

Akko

Historia tego niewielkiego miasteczka portowego w Izraelu jest bardzo barwna. Często, gdy myślimy o tamtym małym skrawku ziemi, nad morzem śródziemnym, przed oczyma staje nam złocista kopuła meczetu Omara w Jerozolimie, lub inne religijnie nacechowane miejsce. Jest ich przecież tak wiele, a ci z Was którzy mieli zaszczyt zobaczyć ziemię obiecaną z bliska, mogliby pewnie z pamięci wymieniać te znane nazwy. O Akko, jednakowoż nikt raczej nie wspomina. Jednak w burzliwej historii Izraela, a właściwie jego diaspory, miasto Akko odgrywało ważną rolę na bliskim wschodzie. O jego historii nie czas tu szeroko pisać (zachęcam do zapoznania się z niezwykle ciekawymi dziejami ziemi "świętej" po śmierci apostołów), ale dość wspomnieć, że była to przez wiele lat jedna z najpotężniejszych twierdz krzyżowców, którzy okupywali dawne ziemie Izraela. Miasto to musiało wtedy robić wrażenie twierdzy nie do zdobycia. Właśnie tutaj, mieściła się stolica królestwa po upadku Jerozolimy w XII w. Otoczone było podwójnym pierścieniem grubych murów, chroniące wewnątrz zamek królewski, rezydencje patriarchy i zakony krzyżackie (w tym znanych templariuszy). Historia uczy, że tak ufortyfikowana twierdza przez ponad 100 lat opierała się najazdom wojsk muzułmańskich. Pomimo swej potęgi, miasto zostało w końcu zdobyte w 1291 roku. Następnie prawie doszczętnie spalone i zniszczone.
Po wielu latach, dwóch emirów, Deher al-Omar i następujący po nim al-Jassar, przywrócili świetność temu miejscu, odbudowując w miejsce zniszczonych, nowe mury, budynki i meczety. Zwłaszcza ten ostatni władca (zmarł w 1804 roku) poczynił najwięcej dla uświetnienia tego miejsca. Dzisiaj, przybysze zwiedzający Akko są pełni uznania dla człowieka, który wznosił tyle wspaniałych budowli. Imię Jassara widnieje na większości zabytkowych obiektów miasta. Do dziś, przy meczecie jego imienia znajduje się niewielkie mauzoleum z jego sarkofagiem.

Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż emir al-Jassar swój przydomek nosił nie bez przyczyny. Po polsku znaczy to ni mniej, ni więcej tylko "rzeźnik". Pozwólcie, że zacytuję jednego z historyków, który tak napisał w książce "Szalom Izrael":
O okrucieństwach i perfidnych czynach al-Jassara wiedzą tylko nieliczni, wertujący grube tomy dzieł historycznych. (...) Był bezlitosny w traktowaniu wrogów i podejrzanych. Pewnego razu kazał spalić na stosie 37 kobiet ze swojego haremu podejrzewając je o niewierność. (...) Wcześniej, jako młody chłopak służył w Kairze jako płatny morderca i oprawca. Właśnie wtedy zyskał sobie ten krwawy przydomek al-Jassara
Tyle lekcji historii. Dla mnie dzisiaj pozostaje gorzka refleksja, którą wypowiedział kiedyś Jezus do nauczycieli Prawa:
Biada wam, ponieważ budujecie grobowce prorokom, a wasi ojcowie ich zamordowali. A tak jesteście świadkami i przytakujecie uczynkom waszych ojców, gdyż oni ich pomordowali, a wy im wznosicie grobowce. Łuk 11:47-48 
Wiecie o czym myślę, prawda? Ileż to razy w naszym życiu - tym zwykłym i tym duchowym (o ile można tak oddzielać w ogóle) - doceniamy, chwalimy albo po prostu akceptujemy rzeczy i czyny które w swej historii nosiły znamiona plugastwa, grzechu albo wręcz walki z samym świętym Bogiem. Żyjemy dzisiaj bezrefleksyjnie, nie analizując jaka jest historia miejsc, instytucji, stanowisk. Zwłaszcza w tym duchowym wymiarze. Szczególnie poważnie pomyśleć muszą nad tym wszyscy ci , którzy społeczność z Bogiem budują na tradycji, miejscach i ludziach, których historia przepełniona jest przelewem krwi, nienawiścią i morderstwem. A przecież w historii chrześcijaństwa tego nie brakuje.

Na szczęście znam też takich, którzy mając świadomość jakie plugawe rzeczy działy się w danym miejscu, nie chciały się tam spotykać z Bogiem na niedzielnych nabożeństwach.

Żyjmy świadomie! Apeluje też do siebie.
Zwłaszcza duchowo.