wtorek, 8 listopada 2011

Inwestycja

Ciężkie czasy nastały dla tych co mają więcej. Do niedawna można było liczyć na siłę i wartość dolara, obligacji państwowych i nieruchomości. Teraz niczego już nie można być pewnym. Świat zwariował i trwa gorączkowe poszukiwanie bezpiecznego miejsca do ulokowania pieniędzy na później. Ostatnio modne stało się złoto, w którym wielu zobaczyło nadzieję na jakie takie zyski. Ludzie kolejkami ustawiali się więc, aby zdobyć choć trochę tego cennego kruszcu. Do dzisiaj przy Rynku w Krakowie, tam gdzie pracuję, widnieje tabliczka z napisem "kupię złoto - każdą ilość". Jakby tego było jeszcze mało, właśnie dzisiaj usłyszałem, że tak modne wśród Polaków lokaty "antybelkowe" mają zostać opodatkowane. Czyżby bogactwo stawało się uciążliwe? Z pewnością spędzi to sen z powiek kolejnym inwestorom, którzy chcieli w ten sposób przeczekać panującą od kilku miesięcy bessę na giełdzie. Strach pomyśleć co stanie się na świecie, a szczególnie w Europie gdy Grecja, Hiszpania lub może ktoś inny jeszcze, całkowicie zbankrutuje a ludzie zaczną domagać się siłą swoich utraconych pieniędzy od rządów, banków i ubezpieczycieli. Łatwo jest dać się wciągnąć w wir takich spekulacji, szantażów ekonomicznych i strachu o swój majątek. Czy jest więc jakaś nadzieja?
Dla złota, obligacji i dolara raczej nie. Przeminie razem z ich pozorną i chwilową wartością - myślę. Są jednak rzeczy w które warto zainwestować to, co się jeszcze ma. Zwłaszcza życie. Tak zrobił święty Piotr i inni wielcy ludzie Boży. Posłuchajmy co powiedział kiedyś ten pierwszy.
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie.  1P. 1:3-4
Czy dzisiaj potrafimy sobie wyobrazić taki majątek? Niezniszczalny? Mrzonka ktoś by powiedział. A jednak taki właśnie czeka na każdego z nas w niebie u Ojca. Tego Boga, który ma wszystkie pieniądze świata, jak mawia mój przyjaciel. Nie spodziewałbym się zobaczyć tam jednak rosnących wskaźników giełdowych i skaczących słupków wartości złota. Nie, to musi być coś innego, znacznie wspanialszego. Z resztą Piotr ciągnie dalej, pokazując na prawdziwą jakość o jakiej myślał.
Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu Jezusa Chrystusa. 1P. 1:7
I jeszcze raz w tym samym kontekście
Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach, złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy. 1P. 1:18,19
Rachunek jest prosty. Są rzeczy przemijające i zniszczalne, którym zaufał dzisiaj świat. Nie ma co im dłużej wierzyć. Po drugiej stronie zaś położył Bóg coś drogocennego i wspaniałego - życie Jezusa Chrystusa i nadzieję chwały, sławy i czci dla każdego z nas. Dziedzictwo które nigdy nie przeminie. Co zatem zrobiłby dobry, rozsądny inwestor mający do zainwestowania niewielką wartość w skali świata - swoje własne życie? Odpowiedź jest oczywista nieprawdaż? A więc idźmy na najważniejsze zakupy życia, postępując zgodnie z tą rekomendacją (kupuj) znanego analityka rynkowego, opublikowaną w Apokalipsie dwa tysiące lat temu.

Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ap. 3:17,18

piątek, 23 września 2011

Timemachine

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było znać swoją przyszłość? Wielu ludzi ma ochotę poznać coś, co wydaje się niezbadane więc szuka wróżbitów, jasnowidzów i innych takich. To źle, że tam idą, nie mam wątpliwości, ale cała ta sprawa z naszą przyszłością, wbrew pozorom nie jest taka oczywista. Niech no się zastanowię przez chwilę co bym chciał się dowiedzieć o mojej przyszłości gdybym mógł zapytać o to kogoś kompetentnego – powiedzmy Jezusa. No więc, o co zapytać? Kiedy umrę? W sumie ciekawe, ale mało odkrywcze pytanie. Może lepiej – czy będę ciężko chorował w życiu? Ale czy chcę faktycznie znać na to odpowiedź? Im dłużej się zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że prędzej zapytałbym o dzieci. O, to odkrywcze! Bardziej interesuje mnie ich los niż mój. No więc pewnie wolałbym wiedzieć jacy będą kiedy dorosną, z kim się pożenią itd. Może byłoby jeszcze kilka innych tematów, które chciałoby się wiedzieć, ale raczej z czystej ciekawości.

No więc tyle ja. Ciekawej wydaje się być z drugiej strony. Znać przeszłość i przyszłość. Ogarniać całość wszystkiego. I teraz siada przed tym Majestatem taki ja i się pyta, o to co za chwilę będzie. Taki drobiazg w całym Wszechświecie. Maleńka chwilka w czasoprzestrzeni dla Stworzyciela tak wielu niezrozumiałych dla człowieka procesów. Jak takiemu mi odpowiedzieć? Od czego zacząć? Rozumiem coraz lepiej, czemu tak a nie inaczej napisana jest Biblia. Czemu nie ma dat, a w większości jest o tym jak żyć. Kiedy Pawełek zadaje mi pytanie o jakiś maleńki kawałek wielkiej machinerii, to zazwyczaj nie dowiaduje się tego o co pyta. No bo i jak mu to wytłumaczyć skoro żadną miara nie pojmie nawet mojego skomplikowanego języka. Wolę powiedzieć mu tak, żeby zrozumiał, niekoniecznie to co dokładnie chce wiedzieć.

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo kiedyś do Jezusa przyszło kilku bliskich mu ludzi, zapytać kiedy zniszczona będzie światynia i jaki będzie znak jego przyjścia. Rozumiem to pytanie. Bardzo zasadne, wręcz pasjonujące. Ale nie padła wtedy żadna data. Nie tylko dlatego, że Jezus jej nie znał, ale przede wszystkim dlatego, że machineria dla tych dzieci była za duża i za trudna. A przecież istotą rzeczy nie jest poznanie odmierzania Bożego czasu i się nad nim doktoryzowania (choć jest to niezmiernie pociagające), tylko życie mocą przyszłego wieku. Królestwem Bożym które ma być w nas. I paradoksalnie, łatwiej znosić wyrzeczenia dla Niego nie wiedząc ile to jeszcze potrwa niż siedzieć z kalendarzem, w ręku i odliczać dni. Nie mam racji?

czwartek, 15 września 2011

Niepodobna

No tak. Bogusia ma rację, przyznaję, że do tej pory ani słowa o Hani nie było. Ciągle o Pawełku w „rodzinnej”. Zmotywowany tym, oraz naszym niedawnym wyjazdem do Poznania, śpiesze to naprawić. A wiec Haniu, teraz będzie o Tobie!

Odwiedziliśmy stolicę Wielkopolski w ostatnią niedzielę, więc wiele bliskich nam osób (z tej strony Polski) mogło zobaczyć nas wszystkich (czyli cała czwórkę) chyba po raz pierwszy. Z niektórymi nie widzieliśmy się od dawna, więc też było o czym mówić. W większości przypadków było jednak tak, że każdy zaglądał nam na ręce, lub ewentualnie do wózka, żeby zobaczyć Hanię. W większości przypadków też, kończyło się to lekkim zdziwieniem i komentarzem, że przecież ona jest jakoś tak niepodobna do nas. Cóż, prawda jest taka, że Hania faktycznie ma mało podobną do nas buzię, choć niektórzy widzą w niej Bogusię, albo nawet babcię Iwonkę (całkiem pokaźna grupa osób o dziwo!). Tak czy siak, nie jest z nią tak jak z Pawełkiem. No i może lepiej.

Ale, to nie o tym miała być mowa tutaj tak do końca. Zauważyłem, że łatwiej zobaczyć u innego człowieka podobieństwo do kogoś z rodziny, niż u siebie samego. Mam na myśli oczywiście to co widać na zewnątrz, bo poznać kogoś od środka nie jest łatwo w jednej chwili. No właśnie. Kiedy patrzę na siebie w lustrze to nie potrafię powiedzieć czy to bardziej mamusia, czy bardziej tatuś na mnie spogląda. Za to kiedy widzę swoje zachowanie, reakcje lub codzienne odzywki, wówczas nie mam wątpliwości kto jest za to „odpowiedzialny”. Tyle biologia i geny, bo bardziej niż to porywające jest pytanie, jak podobny jestem do Boga, który uczynił mnie na obraz i podobieństwo swoje? Trudno tu mówić o tym co widać w odbiciu, bo przecież to nie ten poziom. Podobieństwo musi być wewnątrz. I tak jak z rodzicami, tak tutaj są dwie strony które wycisnęły na mnie swoje widoczne piętno. Diabeł i Bóg. Jednego by się nie chciało, drugiego pragnęło. No ale tak jak w rodzinie ciężko pozbyć się genów, tak trudno zniszczyć w sobie grzech. Dobrze, że Bóg, dobry ojciec, wie o tym lepiej niż ja. Pewnie dlatego otwarta jest droga do Niego przez usprawiedliwienie a nie przez moje uczynki, choć tych dobrych nigdy dosyć.

Można by pisać i pisać, ale nie ma to być przecież wypracowanie, a mała refleksja. Co jeszcze z tej historii z Hanią? A no tyle, że lubię widzieć jak Bóg „wyłazi” z moich przyjaciół, braci i sióstr. Jak zaskakują dobrymi słowami i uczynkami, które nie mogą i nie są z tego świata. Nie mogą być niczym innym, niż odbiciem prawdziwego, świętego Ojca. No więc Haniu, możesz być do nas niepodobna, ale chciałbym kiedyś zobaczyć cię podobną do NIEGO!

„Kto mnie widzi, widzi Ojca” (J 14, 9)

piątek, 2 września 2011

Między słowami

Od pewnego czasu nasze "łóżkowe" modlitwy z Pawełkiem zmieniły swój charakter. Kiedyś to on pilnował każdej modlitwy i chciał koniecznie wydeklamować wieczorne "Ojcze nasz...". Teraz, gdy gasimy światło, wskakuje do łóżka i czeka. Wie doskonale, że jeszcze będziemy się modlić, ale chce, żebym zrobił to ja. "Teraz ty się pomodlij!" słyszę więc, i muszę przyznać, że jest mi z tym dobrze. Za pierwszym razem zastanawiałem się, czy ma to być modlitwa moja, czy jego moimi słowami. Czy mówić o tym co ja czuję, czy on? Jakich słów używać i o czym z Bogiem rozmawiać, gdy 3 letnie dziecko słucha uważnie każdego słowa jakie rozbrzmiewają w ciemnościach nad materacem? Modliłem się więc nieco nieswój. Trochę to było udawane, trochę nie moje. Tak było tylko jeden raz. Potem już Pawełek mi pomógł. Za każdym razem, do dzisiaj, to właśnie jego prośby przenikają się z moimi gładkimi zdaniami. Mi łatwo się mówi, składa słowa, a on z radością i niecierpliwością dodaje kolejne rzeczy za które dziękujemy, o które prosimy i za jakie przepraszamy. Każdy, kto choć raz słyszał modlitwę dziecka wie o czym mówię. Pełno tu wdzięczności za codzienne przyjemności, te lody czy gumy, za słoneczne dni i kochającą babcię i mamę. Ale jakże to głęboko szczere i nieobłudne. A przy tym wszystkim jest też czas, gdy Pawełek milczy. To wtedy gdy przez chwilę rozmawiam z Bogiem ja sam, z moimi sprawami. Wtedy słucha wytrwale i nie przerywa. Jakby czuł, że do tej rozmowy nie wypada się wtrącać.

Gdy o tym myślę, to coraz częściej dostrzegam, jak bardzo podobny jestem w moich modlitwach do Pawełka. Przecież gdy on mówi "i jesce za..." to ja doskonale wiem co on zaraz powie. Prawie zawsze mam rację a w myślach tylko się śmieję do siebie jak cudownie, że tak dobrze go znam. A co powiedzieć o mnie? Gdy otwieram usta, by wypowiadać swe prośby, to Najwyższy już dawno je zna. Przecież on wie o mnie wszystko. Widzi moją codzienność, co mnie smuci a co cieszy. Cóż więcej mógłbym powiedzieć ponad to wszystko? Nie istotne! Wiem jaką radość sprawia mi słuchanie, znanych mi doskonale pragnień Pawełka. Wiem jak cudownie jest te pragnienia realizować. Mój Ojciec w niebie i w tym większy jest niż ja. Chcę sprawiać mu radość swoimi słowami, tak przewidywalnymi i powtarzalnymi. A od czasu do czasu, tak jak Pawełek, zaskoczę Go może czymś wyjątkowym. Wyznaniem miłości, którego by się akurat nie spodziewał.

Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję,Rozumiesz myśl moją z daleka. Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek,Wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich. Jeszcze bowiem nie ma słowa na języku moim,A Ty, Panie, już znasz je całe. Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu I kładziesz na mnie rękę swoją. Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza,Zbyt wzniosła, bym ją pojął. Ps.139

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Biała Woda

Przeszliśmy się z dziećmi malowniczą doliną w rezerwacie Białej Wody. Ślicznie było w tamten poniedziałek. Inaczej niż w poprzednie dni, gdy promieni słońca doświadczaliśmy z rzadka. Pawełek, jak na  przystało na człowieka w jego wieku, szalał, taplał się i tarzał gdzie popadło. Niezwykle to urocze miejsce niedaleko Szczawnicy, pozwalające zachwycić się pięknym Bożym dziełem także nam - rodzicom którzy przez ostatnich kilka lat nie mogą, jak dawniej, zdobywać wyższych szczytów i urzekać się przy tym wszechmocą Najwyższego. Jemu niech będzie chwała i cześć na wieki wieków!

Szliśmy nisko, przy strumieniu, tam gdzie zaczyna się majestat gór Białej Wody. Na zboczach, w oddali widać było stada owiec, które, jak małe plamki przemieszczały się nieustannie na tle soczyście zielonej trawy. Wydawać by się mogło, że nie było w tych ruchach nic zaplanowane, a ich drogą rządzi przypadek i zwierzęcy instynkt. Jednak po chwili uważnego patrzenia, można było dostrzec niepozorną postać pasterza, który sprawnie kierował tą, na pierwszy rzut oka, nieuporządkowaną gromadą.

Po godzinie doszliśmy do bacówki na końcu doliny. Skosztowaliśmy sera i przez chwilę porozmawialiśmy z miejscowym bacą, który akurat nie był tego dnia na hali. I właśnie dzięki temu człowiekowi, na co dzień podążającemu za stadem, odkryłem po raz kolejny jak ważny jestem dla mojego Ojca w niebie. Jak cenny jestem dla Jezusa, zbawiciela który obdarza mnie życiem. Ten prosty góral, żalił się, że w tym roku wilki zagryzły mu już owcę. Cóż tam jedna owca, pomyślałem, kiedy to mówił. Miał ich setki przecież. A jednak, tej jednej było tak bardzo żal. Mówił, że nie zauważył, kiedy się to stało, bo przecież stanąłby w jej obronie. On, niepozorny człowiek z kijem wobec wilków, które przyszły zabijać.
Owce moje głosu mojego słuchają i Ja znam je, a one idą za mną. I Ja daję im żywot wieczny, i nie giną na wieki, i nikt nie wydrze ich z ręki mojej. Ojciec mój, który mi je dał, jest większy nad wszystkich i nikt nie może wydrzeć ich z ręki Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (ew. Jan. 10:27-30)
Myślałeś kiedyś, gdzie stoi pasterz broniący owiec przed niebezpieczeństwem? Obok stada? Może z tyłu, za owcami? Nie, nie tam. Stoi z przodu, tam gdzie jest zagrożenie, gdzie są wilki i ich ostre kły. To właśnie, On, mój Bóg stoi przed mną. Jezus trzyma mnie w ręku i nikt, na prawdę nikt nie wydrze mnie z tego uścisku. Jakże może oprzeć się ktoś Wszechmocnemu? Gdzie są ci którzy stawią mu czoła i wyrwą mnie, wobec Jego mocy? Któż zdoła zabrać życie wieczne w Jezusie Chrystusie? Zaprawdę większy jest ten który jest w nas, niż ten który jest przeciwko nam! Jeśli Bóg zechce, a wierzę, że chce tego tak samo bardzo jak ja, to pozostanę w jego ręku na wieki. Bo Jego prawica jest mocniejsza od złego, a Jego obietnice pewne i niezawodne.

Co więc pozostaje? Uwierzyć, że Słowo które powiedział jest prawdą. Żyć dla Niego, z tą niezachwianą pewnością, że jestem Jego dzieckiem, którego nie pozwoli skrzywdzić. Bo dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Chwała najwyższemu. Amen.

piątek, 24 czerwca 2011

Choroba majątkowa

Istnieje wiele powodów, dla których może nam być źle na tym świecie. Zdecydowanie prym wiodą tu wszelkiego rodzaju choroby i niedomagania które dają się nam wszystkim we znaki od czasów niepamiętnych - praojca Adama. Nie jest to jednak jedyna przyczyna naszych zmartwień i trosk, a o niektóre sami wręcz się prosimy. Przykładowo „modny” ostatnio temat franka szwajcarskiego i jego dramatycznego kursu, który przyprawia o bezsenność wiele pożyczkobiorców w naszym państwie. Pieniądze potrafią w znakomity sposób uprzyjemniać, ale i uprzykrzać życie ludziom. Problemy tych co mają za mało i tych co maja za dużo, choć zgoła odmienne, jednak skupiają się wokół portfela. Można by mieć złudzenie, że jest to choroba i dolegliwość naszych czasów, kiedy pieniądz i chęć zysku rządzą światem bardzo widocznie (pomyślmy choćby o amerykańskich misjach pokojowych w krajach „siedzących” na ropie i dziwnym brakiem zainteresowania podobnymi problemami w nieperspektywicznych, pod względem energetycznym, krajach afrykańskich). Okazuje się jednak, że dawniej było podobnie.

Do Jezusa przychodzili ci co się źle mają. On sam mówił, że „nie potrzebują zdrowi lekarza” i chętnie uzdrawiał schorowanych i cierpiących. Pewnego razu, jeden z wołających poprosił o coś innego niż wszyscy chromi, kulawi i ślepi skupiający się wokół niego. Trapiła go rozległa, nie-fizyczna choroba finansowa.
„Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem” Łk. 12:13
W tym jednym zdaniu można wyczytać wiele informacji o problemie tego człowieka. Miał rodzeństwo, a ojciec i matka zmarli. Okazało się, że spadek przypadł drugiemu bratu i sprawa potencjalnego majątku, który przepadł nie dawała spokoju. Jawna niesprawiedliwość, zwłaszcza dla nas dzisiaj, których obowiązują polskie prawa spadkowe. Jak było wówczas? Trudno mi zgadnąć, niemniej za dawnych, żydowskich czasów sprzed niewoli rzymskiej, całość spadku trafiała w ręce pierworodnego. Być może za czasów Jezusa było już inaczej i prawo dawało możliwość dzielenia spadku na wszystkie dzieci. Nie to jest jednak najważniejsze.
„Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia” Łk. 12:14-15
Jezus nie podjął tematu tak jakby się tego spodziewał proszący. Nie było sprawiedliwego werdyktu wielkiego nauczyciela. Nie było nagany dla krzywdzącego sposobu podziału majątku. Nic z tych rzeczy! Za to stało się to wydarzenie przyczynkiem do niezwykłej mowy Jezusa, na temat miłości pieniędzy, poczucia pozornego bezpieczeństwa jakie daje nam majątek, a w końcu wygłoszenia słynnej tezy która swą trafnością przenika nas na wskroś dzisiaj, objawiając prawdziwe intencje i pragnienia.
„Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” Łk. 12:34
Co w tym wszystkim ważne jest dla wierzących?
Lekcja nr 1 – nie ma bogactwa bez oddania się mu swym sercem. Nie ma się co oszukiwać i to trzeba sobie powiedzieć jasno! Jeśli chcesz pieniędzy, chcesz kariery i uznania to wiedz, że oddalasz serce od Boga. Pewnie nie powiesz sobie tego otwarcie, ale gdy przyjdą nieprzespane noce nad arkuszem kalkulacyjnym to przekonasz się jak daleko w swej codzienności odszedłeś od Boga. A potem będzie gorzej, bo trzeba będzie naginać prawo, łamać sumienie, żeby to wszystko „jakoś wyprostować”. Droga do nikąd, zejdź z niej już na początku. Dobrze radzę.
Lekcja nr 2 – gryzą cię problemy finansowe w które sam wpadłeś przez swoją zachłanność (może masz kredyt który cię przerasta, kłócisz się z rodziną i od lat ze sobą nie rozmawiacie z powodu głupich kilku arów)? Nie fatyguj tym Boga i Jezusa. To nie ich sprawa i nie ich zmartwienie. Rób wszystko, żeby pozbyć się tego brzemienia które cię gniecie ku ziemi i wracaj swym sercem do Boga. Wówczas poczujesz prawdziwą wolność.
Lekcja nr 3 – najprostsza i najtrudniejsza. Za pieniądze nie kupisz nawet dnia życia od Boga.  Za to w Jezusie Chrystusie można zdecydowanie zyskać całą wieczność. Trudno dzisiaj wyrzec się kilku błyskotek wobec wieczności? Okazuje się, że trudno. Ale warto!

czwartek, 26 maja 2011

Wyznanie

Niedawno przeczytałem na nowo pierwszy list Jana. Po raz kolejny dotknął mnie swoim opisem miłości z 4-tego rozdziału, a szczególnie tym razem przemówił do mnie Bóg przez słowa 15 wersetu. Zagadkowe dosyć, trzeba przyznać.
Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu (1 J. 4:15)
Zadumałem się przez chwilę nad tymi kilkoma słowami. Czy wyznaję że Jezus jest Synem Bożym? Rzeczywistość wokół mnie jest taka, że każdy kogo znam przyzna, że Jezus jest Synem Bożym. Żyję przecież wśród chrześcijan. Obojętnie czy z nazwy czy prawdziwie wierzących, ale każdy z nich wie kim był Jezus. A więc Bóg trwa w każdym z nich, tak, jak wierzę, że trwa we mnie? Zamyślam się jeszcze głębiej, żeby dotrzeć do istoty rzeczy. Jak było wtedy, kiedy Jan pisał te słowa? Wystarczy cofnąć się jeszcze o parę lat, do czasów gdy Jezus chodził po świecie. Pamiętacie co się stało, gdy śmiało nauczał, że jest Synem Bożym?
(...) to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? (Jan 10:36)
To co dzisiaj jest dla większości świata oczywiste, kiedyś było zgorszeniem wartym podniesienia kamieni nienawiści. Nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela nie było łatwiej, bo na równi z prawdą szerzyło się kłamstwo i oszczerstwa wobec apostołów, ze strony niektórych żydów. Czy zatem mogę się dziwić temu co mówi Jan w swoim liście? Nie sądzę. Przecież każdy kto wówczas uwierzył w Jezusa - Syna Bożego - już robił niewiarygodny krok w przód, w kierunku Prawdy. Nic dziwnego, że Bóg chciał w takim mieszkać i go wspierać.
A dzisiaj? Przyznać trzeba, że wyznanie Jezusa, Syna Bożego nie jest trudne. Przynajmniej w dosłownym tego zdania znaczeniu i w naszym współczesnym otoczeniu. Dzisiaj sytuacja się odwróciła i trudniej wyznać, że mieszka we mnie Bóg niż, że Jezus jest Synem Bożym. Pomyślcie przez chwilę jak często zdarzyło się Wam mówić o Jezusie, Bogu i zbawieniu nie z czysto historyczno-teologicznego punktu widzenia, ale raczej z punktu widzenia duchowego nowego stworzenia? Ile razy zdarzyło się powiedzieć komuś, że żyje we mnie Chrystus, a nie że Jezus kiedyś żył? O tak, w naszych czasach zdecydowanie łatwiej powiedzieć ten werset od lewej do prawej, niż odwrotnie. Patrząc na skalę trudności, jaką mieli kiedyś adresaci listu Jana, ośmielam się twierdzić, że dzisiaj należałoby wyznawać Jezusa takiego jaki w nas jest, a nie takiego jaki kiedyś był. Bo przecież Jezus Chrystus żyje! Ileż to razy łapałem się na tym, że godzinami dyskutuję nad teologicznym aspektem zbawienia a czuję, że stoję w miejscu wraz z moim rozmówcą, w naszej drodze do Boga. Nie, nie dlatego, że to nie jest ważne. Raczej wszystko przez to, co czuję w środku - pomimo tego, że opowiadam o wielu trudnych kwestiach to nadal nie wyznałem przed kimś Jezusa Chrystusa który mieszka we mnie. Tego który daje mi codzienną siłę do walki ze złem, wstawia się za mną przed Ojcem i kocha mnie jak brata. Jakże to trudne dzisiaj, tak się pokazać innym.