czwartek, 26 maja 2011

Wyznanie

Niedawno przeczytałem na nowo pierwszy list Jana. Po raz kolejny dotknął mnie swoim opisem miłości z 4-tego rozdziału, a szczególnie tym razem przemówił do mnie Bóg przez słowa 15 wersetu. Zagadkowe dosyć, trzeba przyznać.
Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu (1 J. 4:15)
Zadumałem się przez chwilę nad tymi kilkoma słowami. Czy wyznaję że Jezus jest Synem Bożym? Rzeczywistość wokół mnie jest taka, że każdy kogo znam przyzna, że Jezus jest Synem Bożym. Żyję przecież wśród chrześcijan. Obojętnie czy z nazwy czy prawdziwie wierzących, ale każdy z nich wie kim był Jezus. A więc Bóg trwa w każdym z nich, tak, jak wierzę, że trwa we mnie? Zamyślam się jeszcze głębiej, żeby dotrzeć do istoty rzeczy. Jak było wtedy, kiedy Jan pisał te słowa? Wystarczy cofnąć się jeszcze o parę lat, do czasów gdy Jezus chodził po świecie. Pamiętacie co się stało, gdy śmiało nauczał, że jest Synem Bożym?
(...) to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? (Jan 10:36)
To co dzisiaj jest dla większości świata oczywiste, kiedyś było zgorszeniem wartym podniesienia kamieni nienawiści. Nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela nie było łatwiej, bo na równi z prawdą szerzyło się kłamstwo i oszczerstwa wobec apostołów, ze strony niektórych żydów. Czy zatem mogę się dziwić temu co mówi Jan w swoim liście? Nie sądzę. Przecież każdy kto wówczas uwierzył w Jezusa - Syna Bożego - już robił niewiarygodny krok w przód, w kierunku Prawdy. Nic dziwnego, że Bóg chciał w takim mieszkać i go wspierać.
A dzisiaj? Przyznać trzeba, że wyznanie Jezusa, Syna Bożego nie jest trudne. Przynajmniej w dosłownym tego zdania znaczeniu i w naszym współczesnym otoczeniu. Dzisiaj sytuacja się odwróciła i trudniej wyznać, że mieszka we mnie Bóg niż, że Jezus jest Synem Bożym. Pomyślcie przez chwilę jak często zdarzyło się Wam mówić o Jezusie, Bogu i zbawieniu nie z czysto historyczno-teologicznego punktu widzenia, ale raczej z punktu widzenia duchowego nowego stworzenia? Ile razy zdarzyło się powiedzieć komuś, że żyje we mnie Chrystus, a nie że Jezus kiedyś żył? O tak, w naszych czasach zdecydowanie łatwiej powiedzieć ten werset od lewej do prawej, niż odwrotnie. Patrząc na skalę trudności, jaką mieli kiedyś adresaci listu Jana, ośmielam się twierdzić, że dzisiaj należałoby wyznawać Jezusa takiego jaki w nas jest, a nie takiego jaki kiedyś był. Bo przecież Jezus Chrystus żyje! Ileż to razy łapałem się na tym, że godzinami dyskutuję nad teologicznym aspektem zbawienia a czuję, że stoję w miejscu wraz z moim rozmówcą, w naszej drodze do Boga. Nie, nie dlatego, że to nie jest ważne. Raczej wszystko przez to, co czuję w środku - pomimo tego, że opowiadam o wielu trudnych kwestiach to nadal nie wyznałem przed kimś Jezusa Chrystusa który mieszka we mnie. Tego który daje mi codzienną siłę do walki ze złem, wstawia się za mną przed Ojcem i kocha mnie jak brata. Jakże to trudne dzisiaj, tak się pokazać innym.

środa, 18 maja 2011

Pani w 13-nastce

Jeżeli da się poczuć moc przyszłego Królestwa Bożego w tramwaju nr 13, to właśnie wczoraj poczułem. Nie w jakiś cudowny, nadnaturalny sposób, ale całkiem zwyczajnie. Bóg po raz kolejny pokazał mi, że potęga czynienia dobra w słowie i czynie potrafi zniweczyć każda formę obojętności i zła. Nawet dzisiaj, w tym wydawać by się mogło zepsutym do cna świecie.
Czy ta pani w średnim wieku, ze związanymi gumką włosami była nawróconym, wierzącym chrześcijaninem? Tego nie wiem i pewnie długo wiedział nie będę. Nie ważne, bo z pewnością jest dzieckiem Bożym. Zaiste, błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani (Mt 5:9). Dziękuję Bogu, że mogłem na nią patrzeć i słuchać jak mówi do tego staruszka siedzącego naprzeciwko niej. Trzeba tutaj jeszcze wspomnieć, że nie siedzieliby tak twarzą w twarz, gdyby nie jej interwencja wobec młodego licealisty ze słuchawkami w uszach, rozłożonego na miejscu oznaczonym na szybie czerwonym krzyżykiem. A więc samo z siebie się nie stało, trzeba było powalczyć o sprawiedliwość, żeby potem móc okazać swoją miłość. Myślę teraz o tym i ze zdumieniem odkrywam tą niezwykle prostą i ponadczasową prawdę. Jeśli chcę być prawdziwym synem Bożym to muszę w życiu wykonać jakieś odważne kroki objawiając Jego sprawiedliwość ludziom. Wtedy pojawią się okazje, by dzielić się z  nimi dobrem które posiał we mnie Duch Święty. Inaczej się nie da! Rzadko Bóg popycha nas sam w ramiona potrzebujących, raczej oczekuje naszej świadomej, wynikającej z podobieństwa do Niego - Stworzyciela - inicjatywy.
A więc siedzieli, bo ona tak chciała. Przeprosiła zaspanego młodzieńca, posadziła staruszka z laseczką a tramwaj ruszył. Zdarza się, od czasu do czasu, jak jeżdżę tramwajem, że takie rzeczy widzę. Zazwyczaj później jest już cisza. Ten dziwny bezgłos ludzki i szum jadącego po szynach wagonu, który zwiastuje kolejny biznesowy dzień. Każdy woli swoje własne towarzystwo, niż innych. Poniekąd przeszkadzają nam inni, bo myślimy nad sobą, swoją pracą. Ileż to razy widziałem nienawiść w oczach w czasie porannego przejazdu. Słyszałem zdawkowe zdania pełne niechęci i zdenerwowania, gdy ludzie musieli się przesunąć, ktoś chciał przejść, usiąść.
Zapytała po krótkiej chwili jak się czuje. Trochę był zaskoczony, ale ochoczo odpowiedział. Trudno go było zrozumieć, bo starość przeszkadzała mu w jasnym formułowaniu zdań. Jechał na zakupy, dwa, trzy przystanki dalej. Patrzyłem na jej twarz. Wtedy gdy mówiła, żeby dostrzegał pozytywne chwile w swojej starości, z odwagą patrzył w przyszłość pomimo trudności w odnalezieniu się we własnym domu, gdzie wszyscy żyją szybko, za szybko jak dla człowieka w podeszłym wieku. Zachęcała do wspominania dobrych chwil, sięgania do pozytywnych wspomnień. Ze wzruszeniem, prawdziwym wzruszeniem, patrzyłem jak pochyla się w jego stronę i uśmiecha. Z resztą, nie byłem sam. Wszyscy w skupieniu i ze zdumieniem słuchali, bo mówiła głośno, jak to do staruszka. Widziałem innych. Stali jak ja - w zachwycie. Czuliśmy, że dotyka nas cząstka Bożego dobra i ogarnia tam wszystkich. Widziałem to w ich twarzach - tych stojących obok mnie i patrzących z podziwem. Widziałem to we własnym sercu, ściśnięte ze wzruszenia.
Pięknie się ten dzień wczorajszy zaczął dla nas wszystkich którzy to widzieliśmy. Ja dotknąłem mocy przyszłego wieku dzięki tej obcej, zwyczajnej kobiecie. Kto wie może jeszcze kiedyś ją spotkam, może odważę się porozmawiać. I tak zrobiła dla mnie dużo. Dała mi lekcję prostą i ważną, że Królestwo Boże jest w nas, a Boże dobro ma moc zmieniać ludzi, nawet tych zaspanych i zanurzonych w codziennym stresie.

piątek, 6 maja 2011

Zosia

Dawno nic tutaj nie napisałem.

6:40. Pochyliłem się nad dziecięcym łóżeczkiem Hani. Wiedziałem, że na mnie czeka bo od paru chwil głośno dopominała się towarzystwa. Powitała mnie szerokim uśmiechem wyspanego i szczęsliwego dziecka. Bogusia smacznie sobie drzemała obok (tak mi się przynajmniej zdawało). Czułem się rześko, choć spałem niewiele ponad 5 godzin. Do późna czytałem. Trochę Biblię, więcej książkę o bazach danych. "O której poszedłeś spać wczoraj?" Pytanie wyrwało mnie z zabawy. A więc nie spała. "Przed pierwszą" odpowiedziałem, próbując równocześnie uwolnić palce z uścisku małych rączek. Hania głośnio gaworzyła, ciesząc się zapewnie, że ktoś do niej mówi. "Pisałeś coś?" zapytała Bogusia po chwili przerwy. Wiedziałem o co jej chodzi. Przecież od kilku miesięcy o takiej porze pisywałem na bloga kolejne przemyślenia. Dziwne, wczoraj nawet mi to przez głowę nie przeszło. Ba, nawet to pytanie Bogusi mnie zaskoczyło. A przeciez jakże zasadne. "Nie pisałem... czytałem." Czułem, że się tłumaczę, choć bardziej przed sobą samym niż przed nią. NIe pamiętam czy zapytała jeszcze dlaczego, czy sam z siebie zaczałem mówić o powodach. Rzecz była dla mnie oczywista. Od 2 tygodni w mojej głowie nie ma miejsca na składanie okrągłych zdań. To nie wina braku przemyśleń, raczej emocji i stresów. Szukam pracy, biorę udział w rekrutacjach, pisze testy, rozmawiam po angielsku. W zborze przyjąłem chętnie służbę słowem, co rówież mnie porusza, choć jeszcze ostateczna decyzja nie zapadła. Myśli same uciekają, nawet wtedy gdy chcę spokojnie poczytać. Nie wspominając nawet o pisamiu. Zamiast tego czytam, bo chcę sie przygotowac do nowej pracy. Ba, najpierw chciałbym ją wogóle dostać. O tym też myślę, skoro mają zwalniać kolejnych pracowników w moim zespole. Nie wiem czy to wszystko powiedziałem Bogusi rano, ale na pewno chciałem powiedzieć. Mam prawo do niepokoju. Emocji nie da się oszukać. Kiedy brak jest wewnętrznego pokoju wtedy trudno o dobry kontakt z Bogiem, właściwą anlizę otaczającego świata. Myśli powracają natrętnie, uciekają do spraw codziennych.

6:50. Położyłem się na materacu obok żony. Nie rozmawialiśmy. Patrzyłem na Hanię, jak próbuje wychylić głowę zza szczebelków łóżeczka, aby zerknąć gdzie jestem. Z trudem udaje jej się na chwilkę podrywać i rzucić spojrzenie w moją stronę. Zaraz potem główka jej opada na materac. Leży na brzuchu i walczy w swoim małym świecie o swoje. Tak jak ja, choć mi wydaje się, że mam trudniej. Myśli znowu uciekły do pracy, przyszłości. Kolejny raz czuję mrowienie gdy układam w głowie możliwe scenariusze wydarzeń. Hania położyła głowę na chwilę, żeby odpocząć. Pawełek śpi w pokoju obok.

7:00. Tatuś otworzył drzwi do pokoju. "Babcia z Woli umarła". Cisza. Zupełna cisza. W pokoju, w głowie. Nawet Hania nic nie mówiła przez chwilę. A więc jednak. Pomimo, że wszyscy mówili o poprawie to nadszedł koniec. Tatuś zamknął drzwi i zostaliśmy sami w ciaśniejszym niż zwykle pokoju. Przez głowę przemknęło mi wspomnienie tego jak byliśmy miesiąc wcześniej w jej niebieskim drewianym domu, który pamięta jeszcze moją mamusię biegającą boso po deskach podłogowych. Nic się nie zmieniło. Izby takie jak kiedyś, gorący piec, meble ręcznie robione przez dziadzia. Siedzieliśmy z babcią na jej kanapie, jak zawsze pod pierzyną. Oboje z Bogusią mieliśmy wrażenie, że żegna się wtedy z nami. Błogosławiła nasze dzieci, życzyła opieki Bożej w życiu. Tak wtedy na nas patrzyła z uśmiechem i miłością. Na jej 92-letniej twarzy widać było radość, że może do nas o tym mówić. O tym co było dla niej najważniejsze w życiu - o opiece Bożej i trwaniu przy Jezusie. Przytulała ostatni raz, wuki i prawnuki. Jakże dzielna to była kobieta. Niechby choć trochę z jej dobroci, pracowitości i ducha Bożego spłynęło na nasza Hanię. Niech choćby przez to, że jest Hanią Zofią Pietrzyk, właśnie ze względu na jej niezwykłą prababcię Zofię Czubę. Odpoczywaj w pokoju babciu Zosiu oczekując na piekny dzień zmartwychwstania, gdy Pan poda tak upragnioną przez Ciebie rękę i powie "Wstań!"

7:30. siedzę w tramwaju naprzeciwko mojej mamusi. Ja do pracy, ona do domu starców w Miechowie. Patrzę na twarz tak przecież podobną do babci Zosi - jej mamy. Patrzę na oczy zeszklone i ściska mi gardło. Trudno mi nie płakać, ale się trzymam. Ona też, bo twarda to kobieta, jak one wszystkie - dziewczyny z Woli Lubeckiej. Wspominamy trochę rodzinę babci. Nie za dużo, wiecej milczymy. Ciężko z resztą się mówi. Jednego mogę być pewny. W jej głowie zostaje wspomnienie o dobrej, kochającej mamie, której udało się przekazać córkom największy skarb jaki miała - wiarę i zaufanie do Boga.

8:00. Zaczynam kolejny dzień. Podobny, ale inny. Myśli nie uciekają, nie czuję też niepokoju. Jest za to smutek.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Kara

W naszym domu pojawił się swego czasu temat karania dzieci. Nie jest to rzecz niezwykła, gdy ma się przed sobą żmudny i trudny okres wychowania, a takowy miewają przecież wszyscy młodzi rodzice. No więc rozmawialiśmy o sposobach docierania do świadomości dwulatka, metodach wpływania na jego decyzje i postępowanie. Oczywiście mówiliśmy też o karach i nagrodach. Więcej o tych pierwszych, bo to rzecz zdecydowanie mniej przyjemna, bardzo potrzebna i po prostu trudna. Bić czy nie bić? Odsyłać do kąta, a może zamykać w pokoju? Nikt z nas nie chce przecież pastwić się nad dzieckiem, ani tym bardziej się nad nim znęcać wykorzystując przewagę fizyczną i emocjonalną. No ale karać trzeba, bo inaczej trudno mówić o jakichkolwiek zasadach i ich egzekwowaniu na takim małym człowieku.
Sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa, bo tam przecież szukać trzeba umiejętności wychowania swojego dziecka. Uczymy się wszak od najmłodszych lat (chcąc nie chcąc) od rodziców, nawet o tym nie wiedząc. No więc pamiętam dokładnie to uczucie, kiedy zbliżała się kara. Bałem się okropnie, choć rodzice z rzadka mnie bili (dziś twierdzą, że nigdy, choć stoję twardo na stanowisku, że pamiętam jakieś epizody). Ale przyjmowałem karanie jako rzecz normalną i zwyczajną. Nie miałem pretensji do rodziców, nie robiłem wyrzutów. Do dzisiaj nie mam im niczego za złe. Widać rozumiałem za co, dlaczego i po co to wszystko. Nawet jak bolał tyłek albo coś tam mi nie było wolno to dzisiaj to bez znaczenia. O to chyba właśnie w tym wszystkim chodzi. Że obie strony nie mają do siebie pretensji za to co się dzieje. Dorosły chce pokazać, że są konsekwencje złego zachowania, lub zwyczajnie chroni przed młodzieńczą nierozwagą, a dziecko naturalnie przyjmuje to jako (wbrew pozorom) właściwy porządek rzeczy, jaki istnieje na świecie. Uczy się szacunku, odpowiedzialności i zasad. Nikt nie ma do nikogo żalu.
Może niestety jednak być inaczej. Są nieszczęśliwe domy, gdzie rodzice są za surowi, zbyt agresywni. Są dzieci które nie znają zasad i potem w życiu gubią się, nie podejmując dobrych decyzji. Bo karć trzeba umieć. Przyjmować karę również. Jeremiasz opisuje historię relacji rodzicielskiej Boga-Ojca wobec Izraela-Jego dzieci, pokazując jak mogą zachwiane być te relacje z Najwyższym w tym temacie:
O Panie! izali oczy twoje nie patrzą na prawdę? Bijesz ich, ale ich nie boli; wniwecz ich obracasz, ale nie chcą przyjąć karania; zatwardzili oblicza swe nad opokę, nie chcą się nawrócić. Jer. 5:3
Jak to jest, że Bóg bije a dzieci nie boli? Za słabo bije? Może powinien mocniej? Raczej nie o to chodzi. Oto ich zatwardziałe oblicze nie chce przyjąć karania, a w konsekwencji nie chce nawrócenia. Otóż to! Karę od Ojca trzeba chcieć przyjąć, ale nie da się tego zrobić bez miłości do Niego. Bez właściwego szacunku, pokory i poczucia gdzie się jest w relacji z Bogiem. Inaczej karanie to nie karanie, a tylko głupie cierpienie w którym nie ma sensu. Jako dzieci Boże musimy chcieć przyjmować Jego strofowanie, bo jest to znakiem, że nas kocha i wychowuje. Nie można myśleć inaczej, że Bóg się znęca, że nie kocha i niesprawiedliwie zadaje ból. Nic z tych rzeczy, bo wówczas nasze własne rodzicielstwo nie miałoby sensu, a karanie dzieci byłoby zaprzeczeniem miłości. A przecież tak nie jest, zgodzicie się, prawda?

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Zmęczony i śpiący

Jest czas rozmyślania o Jezusie. Dobry i potrzebny.
Muszę przyznać, że nie jeden już raz w życiu pochylałem się nad słowami Ewangelii, żeby poszukać w niej człowieka - Jezusa. Potrzebuję tego, bo jestem grzeszny. Chcę zrozumienia moich słabości, uspokojenia sumienia, które jak nieprzekupny sędzia oskarża mnie przede mną samym. Człowiek najlepiej zrozumie człowieka, to pocieszające. Ten, który tak jak ja patrzył na świat normalnie, po ludzku wie doskonale ile kosztuje walka ze sobą samym, słabościami ciała i umysłu. Lubię sobie tak myśleć o Jezusie, bo bardzo mnie to do zbliża ku oczyszczeniu. Nawet wtedy kiedy czuję się brudny. A może zwłaszcza wtedy. Łatwiej stanąć przed Jego, świętym obliczem niż obliczem Ojca. Wiem, że wielu z Was ma podobnie nastrojone wnętrze, na szukanie człowieka Jezusa w uwielbionym Synu Bożym, siedzącym po prawicy Najwyższego. Apostoł Paweł też tak czuł przecież:
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla /uzyskania/ pomocy w stosownej chwili. Heb. 4:15, 16
O tym właśnie mówię. O podejściu z ufnością do tronu Ojca, bez obaw. Bo jest wielki arcykapłan który zna doskonale nasze słabości. Myśleliście tak o Nim kiedyś, prawda? Napiszę po męsku, przepraszam. On wie co to znaczy piękna kobieta. Zna to uczucie kiedy się pojawia przed oczami mężczyzny. On wie co znaczy zawiść i gniew. Wie jak trudno powiedzieć przepraszam. Zna strach i ból. Bogactwo i ubóstwo. Zdrowie i chorobę. Nie ma przed Nim tajemnic duszy. Tak, tego wszystkiego szukam u Jezusa. Żeby był ludzki, taki dla mnie i po mojemu. Zaskakująco mało jednak szukam tego, żebym to ja był takim człowiekiem jak On. Wolę raczej, żeby mnie rozumiał, niż żebym to ja próbował zrozumieć Jego. Choć trochę być podobnym, tam w zwykłych, codziennych rzeczach. Powiedzmy - tradycyjna modlitwa i moje zmęczenie. Zawsze sobie powtarzam: Jezus mnie zrozumie, że po raz kolejny zasnąłem z Pawełkiem, zamiast spędzić czas z Bogiem. Przecież chcę, On o tym wie, ale jestem zmęczony. Przecież mnie rozumie, że taki teraz czas. Ale to minie, prawda? Rano budzę się niewyspany, więc i tak nie myślę o Bogu. Idę do pracy. To też minie, zgadza się? Tylko odchowam dzieci.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił. Mk 1:32, 33
Zaszło słońce, a człowiek taki jak ja - Jezus zaczynał pracę. Całe miasto stało przed drzwiami. Był wieczór, późny wieczór gdy kończył, nie ma wątpliwości.
Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Mk 1:35
Bez komentarza.
Jest mi głupio.

środa, 13 kwietnia 2011

Szatan na poważnie


Czytałem niedawno (5 kwietnia) krótką wzmiankę o życiu i twórczości Kurta Cobaina. Dla niewtajemniczonych dodam, że był on wokalistą (a i gitarzystą i kompozytorem) zespołu Nirvana, który na przełomie lat 80-tych i 90-tych rządził muzyczną Ameryką i po części także resztą świata. Właśnie 5 kwietnia 1994 roku Kurt Cobain wziął strzelbę i wyszedł z domu. Popełnił samobójstwo, o którym wcześniej już z resztą mówił, nie widząc sensu dalszego życia. Osierocił córkę i zostawił żonę.

Przyznam, że w tym czasie miałem już kasetę Nirvany, i sam byłem pod wrażeniem głosu tego człowieka. Do dzisiaj znam na pamięć kilka krótkich tekstów z najlepszych piosenek. Z resztą, kto z mojego pokolenia ich nie zna? Po co jednak nam ten powrót do przeszłości? Otóż wówczas, gdy słuchałem Nirvany, nie zdawałem sobie sprawy z przesłania jakie miał ten zespół dla ludzi. Dopiero teraz, gdy czytam wspomnienia z koncertów dostaję gęsiej skórki na samą myśl, że kiedyś się tym zachwycałem. Przeraża fakt, że cały muzyczny świat przełomu tamtej dekady odurzył się człowiekiem i zespołem który tak wprost ogłaszał swoją przynależność do przeciwnika Bożego - szatana. Mało tego. Ich postawa, negująca prawie wszystkie chrześcijańskie wartości, była wzorem dla szerokiej liczby młodych osób.  Tłumy szalały na koncertach, gdzie wisiały transparenty uwielbiające szatana, wolny seks i narkotyki. Pełna „wolność” bycia po ciemnej stronie, niezwykle plastycznie (przez obraz wokalisty - narkomana) przemawiała do umysłów słuchaczy.

Minęło prawie 20 lat od tamtych historii. Tydzień temu jechałem z Bogusią autem i słuchałem o jej koledze z liceum, który opublikował na Facebook’u kilka informacji „o mnie”. Co można było się dowiedzieć o tym skądinąd inteligentnym chłopaku? Że nienawidzi kościoła,  że woli od papieża - klimatyzację, i co najsmutniejsze, że woli „rządzić w piekle niż służyć w niebie”. Boję się. Wiem, że taka postawa bliska jest wielu myślącym ludziom i nie jest on wyjątkiem. Szukamy przyczyn? Brak miłości w domu? Brak miłości i zrozumienia w kościele? Utrata zaufania do duchownych, spowodowana licznymi aferami i nadużyciami? Może i tak, ale mnie przeraża co innego. Otóż ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że ich słowa coś znaczą. Dzisiaj tak mało jest prawdy w wypowiadanych publicznie słowach, że łatwo przychodzi pisanie i ogłaszanie czegokolwiek i gdziekolwiek. Ale o ile sprawa dotyczy polityki, kolejnego rządu i jego obietnic wyborczych to ryzyko wydaje się znikome. Kłamią i już, takie czasy. Z szatanem i Bogiem sprawa wygląda jednak zdecydowanie inaczej. Nie można z nimi żartować, bawić się słowami. Nie można tak sobie napisać, że kocham Boga, albo nienawidzę Boga. Nie wolno nam ludziom mówić o miłości do szatana! Te słowa coś znaczą, bo Bóg i szatan istnieją. To nie są mrzonki, a prawdziwe istoty, przewyższające nas swoją siłą i mocą. Z nimi się nie da bawić, oszukiwać i tak sobie coś wyznać na chwilę. A niektórym wdaje się, że to tak fajnie zabrzmi jak napiszę, że jestem po stronie złego. Jeszcze namaluję sobie jakiś znaczek i będę bardziej stylowy. Bzdura! Nie wolno! Nie mamy prawa tego robić, ani nawet o tym myśleć. Nikt nie jest w stanie żyć z ojcem kłamstwa i być szczęśliwym. Myślisz, że ci się uda? Kurtowi się nie udało. Będziesz lepszy?

piątek, 8 kwietnia 2011

Nazbierane kamienie

Nie jest łatwo kogoś ukamienować. Oczywiście jeśli chce się tego dokonać własnymi rękoma. Po pierwsze trzeba mieć powód. Rzecz najmniejszej wagi, bo jak historie biblijne pokazują, jakieś racje zawsze się znajdowały u tych, którym na tym zależało. Inna sprawa, że w większości byli to zwykli szubrawcy. Po drugie trzeba mieć kamienie. Niby oczywiste, ale nie wszędzie są one pod ręką gotowe do użycia. Na przykład, gdyby chciało się kamienować Jezusa na dziedzińcu świątynnym, to próżno tam szukać w ostatniej chwili potrzebnego materiału. Lepiej przynieść zawczasu. Po trzecie musi być ten którego chce się kamienować. Tym bardziej, jeśli już nie raz chciało się go zabić, wydaje się to istotne. Najlepiej działać według planu. Żeby po raz kolejny nie było niespodzianki.

Dziwna jest ta historia z ewangelii Jana. Powód jak zwykle dotyczył słów Jezusa, które w mniemaniu "pobożnych" uwłaczały godności samego Boga. To nic, że nie do końca rozumieli o czym mówił, ale jest powód. Jest wina. Musi być kara.
Wtedy porwali kamienie, aby rzucić na niego, lecz Jezus ukrył się i wyszedł ze świątyni.  J. 8:59
Nie zdążyli. Jezus zwyczajnie im uciekł. Nie mieli przygotowanych wcześniej kamieni?
Za drugim razem było już lepiej.
Żydzi znowu naznosili kamieni, aby go ukamienować. J. 10:31
Powód ten sam: "Ja i Ojciec jedno jesteśmy". Plan by się może i powiódł, tylko nie spodziewali się jednego - że ofiara miast uciekać, na co pewnie już byli gotowi, będzie do nich mówić. Mało tego, będzie ich pytać o motywy działania. Każe im rozważać zagadki teologiczne, kiedy oni już trzymają kamienie. Jak można wtedy jeszcze o czymś myśleć. Nie ten czas! Pełne zaskoczenie. Gdy przyszło w końcu rzucać, to znowu im uszedł. Trzeba było rzucać, a nie dyskutować - pewnie myśleli co niektórzy.

Zaskakująco łatwo sięgali po kamienie. Mamy inne czasy? Raczej nie.

Zauważam, że w życiu działamy podobnie. Chętnie chwytamy kamienie, gdy nie pasuje nam czyjeś duchowe spojrzenie, sposób zachowania i wyznawane prawdy. Dziwne, ale wewnątrz rodzi się agresja, choć przecież w gruncie rzeczy są to sprawy świątyni Bożej która jesteśmy. Szatan jest blisko wtedy, gdy można pokłócić braci. Śmiertelnie ich zranić. Tak było z Kainem i nadal tak jest. Najpierw zawsze rodzi się niechęć i złość, a potem jest coraz gorzej. W miarę upływającego czasu, w sercu zbieramy ciężkie kamienie na kolejne spotkanie. Tak na wszelki wypadek, bo to, że trzeba zabić już wiemy. Pozostaje kwestia czasu i okoliczności. Musimy być przygotowani. Rozmyślamy wcześniej, myśli się kłębią w rozpalonym sercu. Nienawiść rośnie, usta są gotowe do zadawania śmiertelnych razów.

Tylko co zrobimy, kiedy mając wypchane kieszenie kamieni, usłyszymy to pytanie?
Ukazałem wam wiele dobrych uczynków z mocy Ojca mego; za który z tych uczynków kamienujecie mnie? J. 10:32
Oby w porę dotarło do nas to zdanie. Zanim będzie za późno.