No tak. Bogusia ma rację, przyznaję, że do tej pory ani słowa o Hani nie było. Ciągle o Pawełku w „rodzinnej”. Zmotywowany tym, oraz naszym niedawnym wyjazdem do Poznania, śpiesze to naprawić. A wiec Haniu, teraz będzie o Tobie!
Odwiedziliśmy stolicę Wielkopolski w ostatnią niedzielę, więc wiele bliskich nam osób (z tej strony Polski) mogło zobaczyć nas wszystkich (czyli cała czwórkę) chyba po raz pierwszy. Z niektórymi nie widzieliśmy się od dawna, więc też było o czym mówić. W większości przypadków było jednak tak, że każdy zaglądał nam na ręce, lub ewentualnie do wózka, żeby zobaczyć Hanię. W większości przypadków też, kończyło się to lekkim zdziwieniem i komentarzem, że przecież ona jest jakoś tak niepodobna do nas. Cóż, prawda jest taka, że Hania faktycznie ma mało podobną do nas buzię, choć niektórzy widzą w niej Bogusię, albo nawet babcię Iwonkę (całkiem pokaźna grupa osób o dziwo!). Tak czy siak, nie jest z nią tak jak z Pawełkiem. No i może lepiej.
Ale, to nie o tym miała być mowa tutaj tak do końca. Zauważyłem, że łatwiej zobaczyć u innego człowieka podobieństwo do kogoś z rodziny, niż u siebie samego. Mam na myśli oczywiście to co widać na zewnątrz, bo poznać kogoś od środka nie jest łatwo w jednej chwili. No właśnie. Kiedy patrzę na siebie w lustrze to nie potrafię powiedzieć czy to bardziej mamusia, czy bardziej tatuś na mnie spogląda. Za to kiedy widzę swoje zachowanie, reakcje lub codzienne odzywki, wówczas nie mam wątpliwości kto jest za to „odpowiedzialny”. Tyle biologia i geny, bo bardziej niż to porywające jest pytanie, jak podobny jestem do Boga, który uczynił mnie na obraz i podobieństwo swoje? Trudno tu mówić o tym co widać w odbiciu, bo przecież to nie ten poziom. Podobieństwo musi być wewnątrz. I tak jak z rodzicami, tak tutaj są dwie strony które wycisnęły na mnie swoje widoczne piętno. Diabeł i Bóg. Jednego by się nie chciało, drugiego pragnęło. No ale tak jak w rodzinie ciężko pozbyć się genów, tak trudno zniszczyć w sobie grzech. Dobrze, że Bóg, dobry ojciec, wie o tym lepiej niż ja. Pewnie dlatego otwarta jest droga do Niego przez usprawiedliwienie a nie przez moje uczynki, choć tych dobrych nigdy dosyć.
Można by pisać i pisać, ale nie ma to być przecież wypracowanie, a mała refleksja. Co jeszcze z tej historii z Hanią? A no tyle, że lubię widzieć jak Bóg „wyłazi” z moich przyjaciół, braci i sióstr. Jak zaskakują dobrymi słowami i uczynkami, które nie mogą i nie są z tego świata. Nie mogą być niczym innym, niż odbiciem prawdziwego, świętego Ojca. No więc Haniu, możesz być do nas niepodobna, ale chciałbym kiedyś zobaczyć cię podobną do NIEGO!
„Kto mnie widzi, widzi Ojca” (J 14, 9)
lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą. Iz 40:31
czwartek, 15 września 2011
piątek, 2 września 2011
Między słowami
Od pewnego czasu nasze "łóżkowe" modlitwy z Pawełkiem zmieniły swój charakter. Kiedyś to on pilnował każdej modlitwy i chciał koniecznie wydeklamować wieczorne "Ojcze nasz...". Teraz, gdy gasimy światło, wskakuje do łóżka i czeka. Wie doskonale, że jeszcze będziemy się modlić, ale chce, żebym zrobił to ja. "Teraz ty się pomodlij!" słyszę więc, i muszę przyznać, że jest mi z tym dobrze. Za pierwszym razem zastanawiałem się, czy ma to być modlitwa moja, czy jego moimi słowami. Czy mówić o tym co ja czuję, czy on? Jakich słów używać i o czym z Bogiem rozmawiać, gdy 3 letnie dziecko słucha uważnie każdego słowa jakie rozbrzmiewają w ciemnościach nad materacem? Modliłem się więc nieco nieswój. Trochę to było udawane, trochę nie moje. Tak było tylko jeden raz. Potem już Pawełek mi pomógł. Za każdym razem, do dzisiaj, to właśnie jego prośby przenikają się z moimi gładkimi zdaniami. Mi łatwo się mówi, składa słowa, a on z radością i niecierpliwością dodaje kolejne rzeczy za które dziękujemy, o które prosimy i za jakie przepraszamy. Każdy, kto choć raz słyszał modlitwę dziecka wie o czym mówię. Pełno tu wdzięczności za codzienne przyjemności, te lody czy gumy, za słoneczne dni i kochającą babcię i mamę. Ale jakże to głęboko szczere i nieobłudne. A przy tym wszystkim jest też czas, gdy Pawełek milczy. To wtedy gdy przez chwilę rozmawiam z Bogiem ja sam, z moimi sprawami. Wtedy słucha wytrwale i nie przerywa. Jakby czuł, że do tej rozmowy nie wypada się wtrącać.
Gdy o tym myślę, to coraz częściej dostrzegam, jak bardzo podobny jestem w moich modlitwach do Pawełka. Przecież gdy on mówi "i jesce za..." to ja doskonale wiem co on zaraz powie. Prawie zawsze mam rację a w myślach tylko się śmieję do siebie jak cudownie, że tak dobrze go znam. A co powiedzieć o mnie? Gdy otwieram usta, by wypowiadać swe prośby, to Najwyższy już dawno je zna. Przecież on wie o mnie wszystko. Widzi moją codzienność, co mnie smuci a co cieszy. Cóż więcej mógłbym powiedzieć ponad to wszystko? Nie istotne! Wiem jaką radość sprawia mi słuchanie, znanych mi doskonale pragnień Pawełka. Wiem jak cudownie jest te pragnienia realizować. Mój Ojciec w niebie i w tym większy jest niż ja. Chcę sprawiać mu radość swoimi słowami, tak przewidywalnymi i powtarzalnymi. A od czasu do czasu, tak jak Pawełek, zaskoczę Go może czymś wyjątkowym. Wyznaniem miłości, którego by się akurat nie spodziewał.
Gdy o tym myślę, to coraz częściej dostrzegam, jak bardzo podobny jestem w moich modlitwach do Pawełka. Przecież gdy on mówi "i jesce za..." to ja doskonale wiem co on zaraz powie. Prawie zawsze mam rację a w myślach tylko się śmieję do siebie jak cudownie, że tak dobrze go znam. A co powiedzieć o mnie? Gdy otwieram usta, by wypowiadać swe prośby, to Najwyższy już dawno je zna. Przecież on wie o mnie wszystko. Widzi moją codzienność, co mnie smuci a co cieszy. Cóż więcej mógłbym powiedzieć ponad to wszystko? Nie istotne! Wiem jaką radość sprawia mi słuchanie, znanych mi doskonale pragnień Pawełka. Wiem jak cudownie jest te pragnienia realizować. Mój Ojciec w niebie i w tym większy jest niż ja. Chcę sprawiać mu radość swoimi słowami, tak przewidywalnymi i powtarzalnymi. A od czasu do czasu, tak jak Pawełek, zaskoczę Go może czymś wyjątkowym. Wyznaniem miłości, którego by się akurat nie spodziewał.
Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję,Rozumiesz myśl moją z daleka. Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek,Wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich. Jeszcze bowiem nie ma słowa na języku moim,A Ty, Panie, już znasz je całe. Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu I kładziesz na mnie rękę swoją. Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza,Zbyt wzniosła, bym ją pojął. Ps.139
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Biała Woda
Przeszliśmy się z dziećmi malowniczą doliną w rezerwacie Białej Wody. Ślicznie było w tamten poniedziałek. Inaczej niż w poprzednie dni, gdy promieni słońca doświadczaliśmy z rzadka. Pawełek, jak na przystało na człowieka w jego wieku, szalał, taplał się i tarzał gdzie popadło. Niezwykle to urocze miejsce niedaleko Szczawnicy, pozwalające zachwycić się pięknym Bożym dziełem także nam - rodzicom którzy przez ostatnich kilka lat nie mogą, jak dawniej, zdobywać wyższych szczytów i urzekać się przy tym wszechmocą Najwyższego. Jemu niech będzie chwała i cześć na wieki wieków!
Szliśmy nisko, przy strumieniu, tam gdzie zaczyna się majestat gór Białej Wody. Na zboczach, w oddali widać było stada owiec, które, jak małe plamki przemieszczały się nieustannie na tle soczyście zielonej trawy. Wydawać by się mogło, że nie było w tych ruchach nic zaplanowane, a ich drogą rządzi przypadek i zwierzęcy instynkt. Jednak po chwili uważnego patrzenia, można było dostrzec niepozorną postać pasterza, który sprawnie kierował tą, na pierwszy rzut oka, nieuporządkowaną gromadą.
Po godzinie doszliśmy do bacówki na końcu doliny. Skosztowaliśmy sera i przez chwilę porozmawialiśmy z miejscowym bacą, który akurat nie był tego dnia na hali. I właśnie dzięki temu człowiekowi, na co dzień podążającemu za stadem, odkryłem po raz kolejny jak ważny jestem dla mojego Ojca w niebie. Jak cenny jestem dla Jezusa, zbawiciela który obdarza mnie życiem. Ten prosty góral, żalił się, że w tym roku wilki zagryzły mu już owcę. Cóż tam jedna owca, pomyślałem, kiedy to mówił. Miał ich setki przecież. A jednak, tej jednej było tak bardzo żal. Mówił, że nie zauważył, kiedy się to stało, bo przecież stanąłby w jej obronie. On, niepozorny człowiek z kijem wobec wilków, które przyszły zabijać.
Co więc pozostaje? Uwierzyć, że Słowo które powiedział jest prawdą. Żyć dla Niego, z tą niezachwianą pewnością, że jestem Jego dzieckiem, którego nie pozwoli skrzywdzić. Bo dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Chwała najwyższemu. Amen.
Szliśmy nisko, przy strumieniu, tam gdzie zaczyna się majestat gór Białej Wody. Na zboczach, w oddali widać było stada owiec, które, jak małe plamki przemieszczały się nieustannie na tle soczyście zielonej trawy. Wydawać by się mogło, że nie było w tych ruchach nic zaplanowane, a ich drogą rządzi przypadek i zwierzęcy instynkt. Jednak po chwili uważnego patrzenia, można było dostrzec niepozorną postać pasterza, który sprawnie kierował tą, na pierwszy rzut oka, nieuporządkowaną gromadą.
Po godzinie doszliśmy do bacówki na końcu doliny. Skosztowaliśmy sera i przez chwilę porozmawialiśmy z miejscowym bacą, który akurat nie był tego dnia na hali. I właśnie dzięki temu człowiekowi, na co dzień podążającemu za stadem, odkryłem po raz kolejny jak ważny jestem dla mojego Ojca w niebie. Jak cenny jestem dla Jezusa, zbawiciela który obdarza mnie życiem. Ten prosty góral, żalił się, że w tym roku wilki zagryzły mu już owcę. Cóż tam jedna owca, pomyślałem, kiedy to mówił. Miał ich setki przecież. A jednak, tej jednej było tak bardzo żal. Mówił, że nie zauważył, kiedy się to stało, bo przecież stanąłby w jej obronie. On, niepozorny człowiek z kijem wobec wilków, które przyszły zabijać.
Owce moje głosu mojego słuchają i Ja znam je, a one idą za mną. I Ja daję im żywot wieczny, i nie giną na wieki, i nikt nie wydrze ich z ręki mojej. Ojciec mój, który mi je dał, jest większy nad wszystkich i nikt nie może wydrzeć ich z ręki Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (ew. Jan. 10:27-30)Myślałeś kiedyś, gdzie stoi pasterz broniący owiec przed niebezpieczeństwem? Obok stada? Może z tyłu, za owcami? Nie, nie tam. Stoi z przodu, tam gdzie jest zagrożenie, gdzie są wilki i ich ostre kły. To właśnie, On, mój Bóg stoi przed mną. Jezus trzyma mnie w ręku i nikt, na prawdę nikt nie wydrze mnie z tego uścisku. Jakże może oprzeć się ktoś Wszechmocnemu? Gdzie są ci którzy stawią mu czoła i wyrwą mnie, wobec Jego mocy? Któż zdoła zabrać życie wieczne w Jezusie Chrystusie? Zaprawdę większy jest ten który jest w nas, niż ten który jest przeciwko nam! Jeśli Bóg zechce, a wierzę, że chce tego tak samo bardzo jak ja, to pozostanę w jego ręku na wieki. Bo Jego prawica jest mocniejsza od złego, a Jego obietnice pewne i niezawodne.
Co więc pozostaje? Uwierzyć, że Słowo które powiedział jest prawdą. Żyć dla Niego, z tą niezachwianą pewnością, że jestem Jego dzieckiem, którego nie pozwoli skrzywdzić. Bo dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Chwała najwyższemu. Amen.
piątek, 24 czerwca 2011
Choroba majątkowa
Istnieje wiele powodów, dla których może nam być źle na tym świecie. Zdecydowanie prym wiodą tu wszelkiego rodzaju choroby i niedomagania które dają się nam wszystkim we znaki od czasów niepamiętnych - praojca Adama. Nie jest to jednak jedyna przyczyna naszych zmartwień i trosk, a o niektóre sami wręcz się prosimy. Przykładowo „modny” ostatnio temat franka szwajcarskiego i jego dramatycznego kursu, który przyprawia o bezsenność wiele pożyczkobiorców w naszym państwie. Pieniądze potrafią w znakomity sposób uprzyjemniać, ale i uprzykrzać życie ludziom. Problemy tych co mają za mało i tych co maja za dużo, choć zgoła odmienne, jednak skupiają się wokół portfela. Można by mieć złudzenie, że jest to choroba i dolegliwość naszych czasów, kiedy pieniądz i chęć zysku rządzą światem bardzo widocznie (pomyślmy choćby o amerykańskich misjach pokojowych w krajach „siedzących” na ropie i dziwnym brakiem zainteresowania podobnymi problemami w nieperspektywicznych, pod względem energetycznym, krajach afrykańskich). Okazuje się jednak, że dawniej było podobnie.
Do Jezusa przychodzili ci co się źle mają. On sam mówił, że „nie potrzebują zdrowi lekarza” i chętnie uzdrawiał schorowanych i cierpiących. Pewnego razu, jeden z wołających poprosił o coś innego niż wszyscy chromi, kulawi i ślepi skupiający się wokół niego. Trapiła go rozległa, nie-fizyczna choroba finansowa.
Do Jezusa przychodzili ci co się źle mają. On sam mówił, że „nie potrzebują zdrowi lekarza” i chętnie uzdrawiał schorowanych i cierpiących. Pewnego razu, jeden z wołających poprosił o coś innego niż wszyscy chromi, kulawi i ślepi skupiający się wokół niego. Trapiła go rozległa, nie-fizyczna choroba finansowa.
„Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem” Łk. 12:13
W tym jednym zdaniu można wyczytać wiele informacji o problemie tego człowieka. Miał rodzeństwo, a ojciec i matka zmarli. Okazało się, że spadek przypadł drugiemu bratu i sprawa potencjalnego majątku, który przepadł nie dawała spokoju. Jawna niesprawiedliwość, zwłaszcza dla nas dzisiaj, których obowiązują polskie prawa spadkowe. Jak było wówczas? Trudno mi zgadnąć, niemniej za dawnych, żydowskich czasów sprzed niewoli rzymskiej, całość spadku trafiała w ręce pierworodnego. Być może za czasów Jezusa było już inaczej i prawo dawało możliwość dzielenia spadku na wszystkie dzieci. Nie to jest jednak najważniejsze.
„Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia” Łk. 12:14-15
Jezus nie podjął tematu tak jakby się tego spodziewał proszący. Nie było sprawiedliwego werdyktu wielkiego nauczyciela. Nie było nagany dla krzywdzącego sposobu podziału majątku. Nic z tych rzeczy! Za to stało się to wydarzenie przyczynkiem do niezwykłej mowy Jezusa, na temat miłości pieniędzy, poczucia pozornego bezpieczeństwa jakie daje nam majątek, a w końcu wygłoszenia słynnej tezy która swą trafnością przenika nas na wskroś dzisiaj, objawiając prawdziwe intencje i pragnienia.
„Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” Łk. 12:34
Co w tym wszystkim ważne jest dla wierzących?
Lekcja nr 1 – nie ma bogactwa bez oddania się mu swym sercem. Nie ma się co oszukiwać i to trzeba sobie powiedzieć jasno! Jeśli chcesz pieniędzy, chcesz kariery i uznania to wiedz, że oddalasz serce od Boga. Pewnie nie powiesz sobie tego otwarcie, ale gdy przyjdą nieprzespane noce nad arkuszem kalkulacyjnym to przekonasz się jak daleko w swej codzienności odszedłeś od Boga. A potem będzie gorzej, bo trzeba będzie naginać prawo, łamać sumienie, żeby to wszystko „jakoś wyprostować”. Droga do nikąd, zejdź z niej już na początku. Dobrze radzę.
Lekcja nr 2 – gryzą cię problemy finansowe w które sam wpadłeś przez swoją zachłanność (może masz kredyt który cię przerasta, kłócisz się z rodziną i od lat ze sobą nie rozmawiacie z powodu głupich kilku arów)? Nie fatyguj tym Boga i Jezusa. To nie ich sprawa i nie ich zmartwienie. Rób wszystko, żeby pozbyć się tego brzemienia które cię gniecie ku ziemi i wracaj swym sercem do Boga. Wówczas poczujesz prawdziwą wolność.
Lekcja nr 3 – najprostsza i najtrudniejsza. Za pieniądze nie kupisz nawet dnia życia od Boga. Za to w Jezusie Chrystusie można zdecydowanie zyskać całą wieczność. Trudno dzisiaj wyrzec się kilku błyskotek wobec wieczności? Okazuje się, że trudno. Ale warto!
Lekcja nr 1 – nie ma bogactwa bez oddania się mu swym sercem. Nie ma się co oszukiwać i to trzeba sobie powiedzieć jasno! Jeśli chcesz pieniędzy, chcesz kariery i uznania to wiedz, że oddalasz serce od Boga. Pewnie nie powiesz sobie tego otwarcie, ale gdy przyjdą nieprzespane noce nad arkuszem kalkulacyjnym to przekonasz się jak daleko w swej codzienności odszedłeś od Boga. A potem będzie gorzej, bo trzeba będzie naginać prawo, łamać sumienie, żeby to wszystko „jakoś wyprostować”. Droga do nikąd, zejdź z niej już na początku. Dobrze radzę.
Lekcja nr 2 – gryzą cię problemy finansowe w które sam wpadłeś przez swoją zachłanność (może masz kredyt który cię przerasta, kłócisz się z rodziną i od lat ze sobą nie rozmawiacie z powodu głupich kilku arów)? Nie fatyguj tym Boga i Jezusa. To nie ich sprawa i nie ich zmartwienie. Rób wszystko, żeby pozbyć się tego brzemienia które cię gniecie ku ziemi i wracaj swym sercem do Boga. Wówczas poczujesz prawdziwą wolność.
Lekcja nr 3 – najprostsza i najtrudniejsza. Za pieniądze nie kupisz nawet dnia życia od Boga. Za to w Jezusie Chrystusie można zdecydowanie zyskać całą wieczność. Trudno dzisiaj wyrzec się kilku błyskotek wobec wieczności? Okazuje się, że trudno. Ale warto!
czwartek, 26 maja 2011
Wyznanie
Niedawno przeczytałem na nowo pierwszy list Jana. Po raz kolejny dotknął mnie swoim opisem miłości z 4-tego rozdziału, a szczególnie tym razem przemówił do mnie Bóg przez słowa 15 wersetu. Zagadkowe dosyć, trzeba przyznać.
A dzisiaj? Przyznać trzeba, że wyznanie Jezusa, Syna Bożego nie jest trudne. Przynajmniej w dosłownym tego zdania znaczeniu i w naszym współczesnym otoczeniu. Dzisiaj sytuacja się odwróciła i trudniej wyznać, że mieszka we mnie Bóg niż, że Jezus jest Synem Bożym. Pomyślcie przez chwilę jak często zdarzyło się Wam mówić o Jezusie, Bogu i zbawieniu nie z czysto historyczno-teologicznego punktu widzenia, ale raczej z punktu widzenia duchowego nowego stworzenia? Ile razy zdarzyło się powiedzieć komuś, że żyje we mnie Chrystus, a nie że Jezus kiedyś żył? O tak, w naszych czasach zdecydowanie łatwiej powiedzieć ten werset od lewej do prawej, niż odwrotnie. Patrząc na skalę trudności, jaką mieli kiedyś adresaci listu Jana, ośmielam się twierdzić, że dzisiaj należałoby wyznawać Jezusa takiego jaki w nas jest, a nie takiego jaki kiedyś był. Bo przecież Jezus Chrystus żyje! Ileż to razy łapałem się na tym, że godzinami dyskutuję nad teologicznym aspektem zbawienia a czuję, że stoję w miejscu wraz z moim rozmówcą, w naszej drodze do Boga. Nie, nie dlatego, że to nie jest ważne. Raczej wszystko przez to, co czuję w środku - pomimo tego, że opowiadam o wielu trudnych kwestiach to nadal nie wyznałem przed kimś Jezusa Chrystusa który mieszka we mnie. Tego który daje mi codzienną siłę do walki ze złem, wstawia się za mną przed Ojcem i kocha mnie jak brata. Jakże to trudne dzisiaj, tak się pokazać innym.
Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu (1 J. 4:15)Zadumałem się przez chwilę nad tymi kilkoma słowami. Czy wyznaję że Jezus jest Synem Bożym? Rzeczywistość wokół mnie jest taka, że każdy kogo znam przyzna, że Jezus jest Synem Bożym. Żyję przecież wśród chrześcijan. Obojętnie czy z nazwy czy prawdziwie wierzących, ale każdy z nich wie kim był Jezus. A więc Bóg trwa w każdym z nich, tak, jak wierzę, że trwa we mnie? Zamyślam się jeszcze głębiej, żeby dotrzeć do istoty rzeczy. Jak było wtedy, kiedy Jan pisał te słowa? Wystarczy cofnąć się jeszcze o parę lat, do czasów gdy Jezus chodził po świecie. Pamiętacie co się stało, gdy śmiało nauczał, że jest Synem Bożym?
(...) to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? (Jan 10:36)To co dzisiaj jest dla większości świata oczywiste, kiedyś było zgorszeniem wartym podniesienia kamieni nienawiści. Nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela nie było łatwiej, bo na równi z prawdą szerzyło się kłamstwo i oszczerstwa wobec apostołów, ze strony niektórych żydów. Czy zatem mogę się dziwić temu co mówi Jan w swoim liście? Nie sądzę. Przecież każdy kto wówczas uwierzył w Jezusa - Syna Bożego - już robił niewiarygodny krok w przód, w kierunku Prawdy. Nic dziwnego, że Bóg chciał w takim mieszkać i go wspierać.
A dzisiaj? Przyznać trzeba, że wyznanie Jezusa, Syna Bożego nie jest trudne. Przynajmniej w dosłownym tego zdania znaczeniu i w naszym współczesnym otoczeniu. Dzisiaj sytuacja się odwróciła i trudniej wyznać, że mieszka we mnie Bóg niż, że Jezus jest Synem Bożym. Pomyślcie przez chwilę jak często zdarzyło się Wam mówić o Jezusie, Bogu i zbawieniu nie z czysto historyczno-teologicznego punktu widzenia, ale raczej z punktu widzenia duchowego nowego stworzenia? Ile razy zdarzyło się powiedzieć komuś, że żyje we mnie Chrystus, a nie że Jezus kiedyś żył? O tak, w naszych czasach zdecydowanie łatwiej powiedzieć ten werset od lewej do prawej, niż odwrotnie. Patrząc na skalę trudności, jaką mieli kiedyś adresaci listu Jana, ośmielam się twierdzić, że dzisiaj należałoby wyznawać Jezusa takiego jaki w nas jest, a nie takiego jaki kiedyś był. Bo przecież Jezus Chrystus żyje! Ileż to razy łapałem się na tym, że godzinami dyskutuję nad teologicznym aspektem zbawienia a czuję, że stoję w miejscu wraz z moim rozmówcą, w naszej drodze do Boga. Nie, nie dlatego, że to nie jest ważne. Raczej wszystko przez to, co czuję w środku - pomimo tego, że opowiadam o wielu trudnych kwestiach to nadal nie wyznałem przed kimś Jezusa Chrystusa który mieszka we mnie. Tego który daje mi codzienną siłę do walki ze złem, wstawia się za mną przed Ojcem i kocha mnie jak brata. Jakże to trudne dzisiaj, tak się pokazać innym.
środa, 18 maja 2011
Pani w 13-nastce
Jeżeli da się poczuć moc przyszłego Królestwa Bożego w tramwaju nr 13, to właśnie wczoraj poczułem. Nie w jakiś cudowny, nadnaturalny sposób, ale całkiem zwyczajnie. Bóg po raz kolejny pokazał mi, że potęga czynienia dobra w słowie i czynie potrafi zniweczyć każda formę obojętności i zła. Nawet dzisiaj, w tym wydawać by się mogło zepsutym do cna świecie.
Czy ta pani w średnim wieku, ze związanymi gumką włosami była nawróconym, wierzącym chrześcijaninem? Tego nie wiem i pewnie długo wiedział nie będę. Nie ważne, bo z pewnością jest dzieckiem Bożym. Zaiste, błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani (Mt 5:9). Dziękuję Bogu, że mogłem na nią patrzeć i słuchać jak mówi do tego staruszka siedzącego naprzeciwko niej. Trzeba tutaj jeszcze wspomnieć, że nie siedzieliby tak twarzą w twarz, gdyby nie jej interwencja wobec młodego licealisty ze słuchawkami w uszach, rozłożonego na miejscu oznaczonym na szybie czerwonym krzyżykiem. A więc samo z siebie się nie stało, trzeba było powalczyć o sprawiedliwość, żeby potem móc okazać swoją miłość. Myślę teraz o tym i ze zdumieniem odkrywam tą niezwykle prostą i ponadczasową prawdę. Jeśli chcę być prawdziwym synem Bożym to muszę w życiu wykonać jakieś odważne kroki objawiając Jego sprawiedliwość ludziom. Wtedy pojawią się okazje, by dzielić się z nimi dobrem które posiał we mnie Duch Święty. Inaczej się nie da! Rzadko Bóg popycha nas sam w ramiona potrzebujących, raczej oczekuje naszej świadomej, wynikającej z podobieństwa do Niego - Stworzyciela - inicjatywy.
A więc siedzieli, bo ona tak chciała. Przeprosiła zaspanego młodzieńca, posadziła staruszka z laseczką a tramwaj ruszył. Zdarza się, od czasu do czasu, jak jeżdżę tramwajem, że takie rzeczy widzę. Zazwyczaj później jest już cisza. Ten dziwny bezgłos ludzki i szum jadącego po szynach wagonu, który zwiastuje kolejny biznesowy dzień. Każdy woli swoje własne towarzystwo, niż innych. Poniekąd przeszkadzają nam inni, bo myślimy nad sobą, swoją pracą. Ileż to razy widziałem nienawiść w oczach w czasie porannego przejazdu. Słyszałem zdawkowe zdania pełne niechęci i zdenerwowania, gdy ludzie musieli się przesunąć, ktoś chciał przejść, usiąść.
Zapytała po krótkiej chwili jak się czuje. Trochę był zaskoczony, ale ochoczo odpowiedział. Trudno go było zrozumieć, bo starość przeszkadzała mu w jasnym formułowaniu zdań. Jechał na zakupy, dwa, trzy przystanki dalej. Patrzyłem na jej twarz. Wtedy gdy mówiła, żeby dostrzegał pozytywne chwile w swojej starości, z odwagą patrzył w przyszłość pomimo trudności w odnalezieniu się we własnym domu, gdzie wszyscy żyją szybko, za szybko jak dla człowieka w podeszłym wieku. Zachęcała do wspominania dobrych chwil, sięgania do pozytywnych wspomnień. Ze wzruszeniem, prawdziwym wzruszeniem, patrzyłem jak pochyla się w jego stronę i uśmiecha. Z resztą, nie byłem sam. Wszyscy w skupieniu i ze zdumieniem słuchali, bo mówiła głośno, jak to do staruszka. Widziałem innych. Stali jak ja - w zachwycie. Czuliśmy, że dotyka nas cząstka Bożego dobra i ogarnia tam wszystkich. Widziałem to w ich twarzach - tych stojących obok mnie i patrzących z podziwem. Widziałem to we własnym sercu, ściśnięte ze wzruszenia.
Pięknie się ten dzień wczorajszy zaczął dla nas wszystkich którzy to widzieliśmy. Ja dotknąłem mocy przyszłego wieku dzięki tej obcej, zwyczajnej kobiecie. Kto wie może jeszcze kiedyś ją spotkam, może odważę się porozmawiać. I tak zrobiła dla mnie dużo. Dała mi lekcję prostą i ważną, że Królestwo Boże jest w nas, a Boże dobro ma moc zmieniać ludzi, nawet tych zaspanych i zanurzonych w codziennym stresie.
Czy ta pani w średnim wieku, ze związanymi gumką włosami była nawróconym, wierzącym chrześcijaninem? Tego nie wiem i pewnie długo wiedział nie będę. Nie ważne, bo z pewnością jest dzieckiem Bożym. Zaiste, błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani (Mt 5:9). Dziękuję Bogu, że mogłem na nią patrzeć i słuchać jak mówi do tego staruszka siedzącego naprzeciwko niej. Trzeba tutaj jeszcze wspomnieć, że nie siedzieliby tak twarzą w twarz, gdyby nie jej interwencja wobec młodego licealisty ze słuchawkami w uszach, rozłożonego na miejscu oznaczonym na szybie czerwonym krzyżykiem. A więc samo z siebie się nie stało, trzeba było powalczyć o sprawiedliwość, żeby potem móc okazać swoją miłość. Myślę teraz o tym i ze zdumieniem odkrywam tą niezwykle prostą i ponadczasową prawdę. Jeśli chcę być prawdziwym synem Bożym to muszę w życiu wykonać jakieś odważne kroki objawiając Jego sprawiedliwość ludziom. Wtedy pojawią się okazje, by dzielić się z nimi dobrem które posiał we mnie Duch Święty. Inaczej się nie da! Rzadko Bóg popycha nas sam w ramiona potrzebujących, raczej oczekuje naszej świadomej, wynikającej z podobieństwa do Niego - Stworzyciela - inicjatywy.
A więc siedzieli, bo ona tak chciała. Przeprosiła zaspanego młodzieńca, posadziła staruszka z laseczką a tramwaj ruszył. Zdarza się, od czasu do czasu, jak jeżdżę tramwajem, że takie rzeczy widzę. Zazwyczaj później jest już cisza. Ten dziwny bezgłos ludzki i szum jadącego po szynach wagonu, który zwiastuje kolejny biznesowy dzień. Każdy woli swoje własne towarzystwo, niż innych. Poniekąd przeszkadzają nam inni, bo myślimy nad sobą, swoją pracą. Ileż to razy widziałem nienawiść w oczach w czasie porannego przejazdu. Słyszałem zdawkowe zdania pełne niechęci i zdenerwowania, gdy ludzie musieli się przesunąć, ktoś chciał przejść, usiąść.
Zapytała po krótkiej chwili jak się czuje. Trochę był zaskoczony, ale ochoczo odpowiedział. Trudno go było zrozumieć, bo starość przeszkadzała mu w jasnym formułowaniu zdań. Jechał na zakupy, dwa, trzy przystanki dalej. Patrzyłem na jej twarz. Wtedy gdy mówiła, żeby dostrzegał pozytywne chwile w swojej starości, z odwagą patrzył w przyszłość pomimo trudności w odnalezieniu się we własnym domu, gdzie wszyscy żyją szybko, za szybko jak dla człowieka w podeszłym wieku. Zachęcała do wspominania dobrych chwil, sięgania do pozytywnych wspomnień. Ze wzruszeniem, prawdziwym wzruszeniem, patrzyłem jak pochyla się w jego stronę i uśmiecha. Z resztą, nie byłem sam. Wszyscy w skupieniu i ze zdumieniem słuchali, bo mówiła głośno, jak to do staruszka. Widziałem innych. Stali jak ja - w zachwycie. Czuliśmy, że dotyka nas cząstka Bożego dobra i ogarnia tam wszystkich. Widziałem to w ich twarzach - tych stojących obok mnie i patrzących z podziwem. Widziałem to we własnym sercu, ściśnięte ze wzruszenia.
Pięknie się ten dzień wczorajszy zaczął dla nas wszystkich którzy to widzieliśmy. Ja dotknąłem mocy przyszłego wieku dzięki tej obcej, zwyczajnej kobiecie. Kto wie może jeszcze kiedyś ją spotkam, może odważę się porozmawiać. I tak zrobiła dla mnie dużo. Dała mi lekcję prostą i ważną, że Królestwo Boże jest w nas, a Boże dobro ma moc zmieniać ludzi, nawet tych zaspanych i zanurzonych w codziennym stresie.
piątek, 6 maja 2011
Zosia
Dawno nic tutaj nie napisałem.
6:40. Pochyliłem się nad dziecięcym łóżeczkiem Hani. Wiedziałem, że na mnie czeka bo od paru chwil głośno dopominała się towarzystwa. Powitała mnie szerokim uśmiechem wyspanego i szczęsliwego dziecka. Bogusia smacznie sobie drzemała obok (tak mi się przynajmniej zdawało). Czułem się rześko, choć spałem niewiele ponad 5 godzin. Do późna czytałem. Trochę Biblię, więcej książkę o bazach danych. "O której poszedłeś spać wczoraj?" Pytanie wyrwało mnie z zabawy. A więc nie spała. "Przed pierwszą" odpowiedziałem, próbując równocześnie uwolnić palce z uścisku małych rączek. Hania głośnio gaworzyła, ciesząc się zapewnie, że ktoś do niej mówi. "Pisałeś coś?" zapytała Bogusia po chwili przerwy. Wiedziałem o co jej chodzi. Przecież od kilku miesięcy o takiej porze pisywałem na bloga kolejne przemyślenia. Dziwne, wczoraj nawet mi to przez głowę nie przeszło. Ba, nawet to pytanie Bogusi mnie zaskoczyło. A przeciez jakże zasadne. "Nie pisałem... czytałem." Czułem, że się tłumaczę, choć bardziej przed sobą samym niż przed nią. NIe pamiętam czy zapytała jeszcze dlaczego, czy sam z siebie zaczałem mówić o powodach. Rzecz była dla mnie oczywista. Od 2 tygodni w mojej głowie nie ma miejsca na składanie okrągłych zdań. To nie wina braku przemyśleń, raczej emocji i stresów. Szukam pracy, biorę udział w rekrutacjach, pisze testy, rozmawiam po angielsku. W zborze przyjąłem chętnie służbę słowem, co rówież mnie porusza, choć jeszcze ostateczna decyzja nie zapadła. Myśli same uciekają, nawet wtedy gdy chcę spokojnie poczytać. Nie wspominając nawet o pisamiu. Zamiast tego czytam, bo chcę sie przygotowac do nowej pracy. Ba, najpierw chciałbym ją wogóle dostać. O tym też myślę, skoro mają zwalniać kolejnych pracowników w moim zespole. Nie wiem czy to wszystko powiedziałem Bogusi rano, ale na pewno chciałem powiedzieć. Mam prawo do niepokoju. Emocji nie da się oszukać. Kiedy brak jest wewnętrznego pokoju wtedy trudno o dobry kontakt z Bogiem, właściwą anlizę otaczającego świata. Myśli powracają natrętnie, uciekają do spraw codziennych.
6:50. Położyłem się na materacu obok żony. Nie rozmawialiśmy. Patrzyłem na Hanię, jak próbuje wychylić głowę zza szczebelków łóżeczka, aby zerknąć gdzie jestem. Z trudem udaje jej się na chwilkę podrywać i rzucić spojrzenie w moją stronę. Zaraz potem główka jej opada na materac. Leży na brzuchu i walczy w swoim małym świecie o swoje. Tak jak ja, choć mi wydaje się, że mam trudniej. Myśli znowu uciekły do pracy, przyszłości. Kolejny raz czuję mrowienie gdy układam w głowie możliwe scenariusze wydarzeń. Hania położyła głowę na chwilę, żeby odpocząć. Pawełek śpi w pokoju obok.
8:00. Zaczynam kolejny dzień. Podobny, ale inny. Myśli nie uciekają, nie czuję też niepokoju. Jest za to smutek.
6:40. Pochyliłem się nad dziecięcym łóżeczkiem Hani. Wiedziałem, że na mnie czeka bo od paru chwil głośno dopominała się towarzystwa. Powitała mnie szerokim uśmiechem wyspanego i szczęsliwego dziecka. Bogusia smacznie sobie drzemała obok (tak mi się przynajmniej zdawało). Czułem się rześko, choć spałem niewiele ponad 5 godzin. Do późna czytałem. Trochę Biblię, więcej książkę o bazach danych. "O której poszedłeś spać wczoraj?" Pytanie wyrwało mnie z zabawy. A więc nie spała. "Przed pierwszą" odpowiedziałem, próbując równocześnie uwolnić palce z uścisku małych rączek. Hania głośnio gaworzyła, ciesząc się zapewnie, że ktoś do niej mówi. "Pisałeś coś?" zapytała Bogusia po chwili przerwy. Wiedziałem o co jej chodzi. Przecież od kilku miesięcy o takiej porze pisywałem na bloga kolejne przemyślenia. Dziwne, wczoraj nawet mi to przez głowę nie przeszło. Ba, nawet to pytanie Bogusi mnie zaskoczyło. A przeciez jakże zasadne. "Nie pisałem... czytałem." Czułem, że się tłumaczę, choć bardziej przed sobą samym niż przed nią. NIe pamiętam czy zapytała jeszcze dlaczego, czy sam z siebie zaczałem mówić o powodach. Rzecz była dla mnie oczywista. Od 2 tygodni w mojej głowie nie ma miejsca na składanie okrągłych zdań. To nie wina braku przemyśleń, raczej emocji i stresów. Szukam pracy, biorę udział w rekrutacjach, pisze testy, rozmawiam po angielsku. W zborze przyjąłem chętnie służbę słowem, co rówież mnie porusza, choć jeszcze ostateczna decyzja nie zapadła. Myśli same uciekają, nawet wtedy gdy chcę spokojnie poczytać. Nie wspominając nawet o pisamiu. Zamiast tego czytam, bo chcę sie przygotowac do nowej pracy. Ba, najpierw chciałbym ją wogóle dostać. O tym też myślę, skoro mają zwalniać kolejnych pracowników w moim zespole. Nie wiem czy to wszystko powiedziałem Bogusi rano, ale na pewno chciałem powiedzieć. Mam prawo do niepokoju. Emocji nie da się oszukać. Kiedy brak jest wewnętrznego pokoju wtedy trudno o dobry kontakt z Bogiem, właściwą anlizę otaczającego świata. Myśli powracają natrętnie, uciekają do spraw codziennych.
6:50. Położyłem się na materacu obok żony. Nie rozmawialiśmy. Patrzyłem na Hanię, jak próbuje wychylić głowę zza szczebelków łóżeczka, aby zerknąć gdzie jestem. Z trudem udaje jej się na chwilkę podrywać i rzucić spojrzenie w moją stronę. Zaraz potem główka jej opada na materac. Leży na brzuchu i walczy w swoim małym świecie o swoje. Tak jak ja, choć mi wydaje się, że mam trudniej. Myśli znowu uciekły do pracy, przyszłości. Kolejny raz czuję mrowienie gdy układam w głowie możliwe scenariusze wydarzeń. Hania położyła głowę na chwilę, żeby odpocząć. Pawełek śpi w pokoju obok.
7:00. Tatuś otworzył drzwi do pokoju. "Babcia z Woli umarła". Cisza. Zupełna cisza. W pokoju, w głowie. Nawet Hania nic nie mówiła przez chwilę. A więc jednak. Pomimo, że wszyscy mówili o poprawie to nadszedł koniec. Tatuś zamknął drzwi i zostaliśmy sami w ciaśniejszym niż zwykle pokoju. Przez głowę przemknęło mi wspomnienie tego jak byliśmy miesiąc wcześniej w jej niebieskim drewianym domu, który pamięta jeszcze moją mamusię biegającą boso po deskach podłogowych. Nic się nie zmieniło. Izby takie jak kiedyś, gorący piec, meble ręcznie robione przez dziadzia. Siedzieliśmy z babcią na jej kanapie, jak zawsze pod pierzyną. Oboje z Bogusią mieliśmy wrażenie, że żegna się wtedy z nami. Błogosławiła nasze dzieci, życzyła opieki Bożej w życiu. Tak wtedy na nas patrzyła z uśmiechem i miłością. Na jej 92-letniej twarzy widać było radość, że może do nas o tym mówić. O tym co było dla niej najważniejsze w życiu - o opiece Bożej i trwaniu przy Jezusie. Przytulała ostatni raz, wuki i prawnuki. Jakże dzielna to była kobieta. Niechby choć trochę z jej dobroci, pracowitości i ducha Bożego spłynęło na nasza Hanię. Niech choćby przez to, że jest Hanią Zofią Pietrzyk, właśnie ze względu na jej niezwykłą prababcię Zofię Czubę. Odpoczywaj w pokoju babciu Zosiu oczekując na piekny dzień zmartwychwstania, gdy Pan poda tak upragnioną przez Ciebie rękę i powie "Wstań!"
7:30. siedzę w tramwaju naprzeciwko mojej mamusi. Ja do pracy, ona do domu starców w Miechowie. Patrzę na twarz tak przecież podobną do babci Zosi - jej mamy. Patrzę na oczy zeszklone i ściska mi gardło. Trudno mi nie płakać, ale się trzymam. Ona też, bo twarda to kobieta, jak one wszystkie - dziewczyny z Woli Lubeckiej. Wspominamy trochę rodzinę babci. Nie za dużo, wiecej milczymy. Ciężko z resztą się mówi. Jednego mogę być pewny. W jej głowie zostaje wspomnienie o dobrej, kochającej mamie, której udało się przekazać córkom największy skarb jaki miała - wiarę i zaufanie do Boga.
8:00. Zaczynam kolejny dzień. Podobny, ale inny. Myśli nie uciekają, nie czuję też niepokoju. Jest za to smutek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


